Adam Mickiewicz
Konrad Wallenrod
WSTĘP
Sto lat mijało, jak Zakon krzyżowy
We krwi pogaństwa północnego
brodził;
już Prusak szyję uchylił w okowy
Lub ziemię oddał, a z
duszą uchodził;
Niemiec za zbiegiem rozpuścił
gonitwy,
Więził, mordował, aż do granic Litwy.
Niemen rozdziela Litwinów od wrogów:
Po jednej stronie
błyszczą świątyń szczyty
I szumią lasy, pomieszkania bogów;
po drugiej stronie, na pagórku wbity
Krzyż, godło Niemców, czoło kryje w niebie,
Groźne ku Litwie wyciąga ramiona,
Jak gdyby wszystkie ziemie Palemona
Chciał z góry objąć i garnąć pod siebie.
Z tej strony tłumy
litewskiej młodzieży,
W kołpakach rysich, w niedźwiedziej
odzieży,
Z łukiem na plecach, z dłonią pełną grotów,
Snują się, śledząc niemieckich obrotów.
po drugiej stronie,
w szyszaku i zbroi,
Niemiec na koniu nieruchomy stoi;
Oczy utkwiwszy w nieprzyjaciół szaniec,
Nabija strzelbę i liczy różaniec.
I ci, i owi pilnują przeprawy.
Tak
Niemen, dawniej sławny z gościnności,
Łączący bratnich narodów dzierżawy,
Już teraz dla nich był progiem wieczności;
I nikt, bez straty życia lub swobody,
Nie mógł przestąpić zakazanej wody.
Tylko gałązka litewskiego chmielu,
Wdziękami pruskiej topoli nęcona,
Pnąc się po wierzbach i po wodnym zielu,
Œmiałe, jak dawniej, wyciąga ramiona
I rzekę kraśnym przeskakując wiankiem,
Na obcym brzegu łączy się z kochankiem.
Tylko słowiki kowieńskiej dąbrowy .
Z bracią swoimi zapuszczańskiej góry
Wiodą, jak dawniej, litewskie rozmowy
Lub, swobodnymi wymknąwszy się pióry,
Latają w gości na spólne ostrowy.
A ludzie? - ludzi rozdzieliły boje !
Dawna Prusaków i Litwy zażyłość
Poszła w niepamięć; tylko czasem miłość
I ludzi zbliża. - Znałem ludzi dwoje.
O Niemnie i wkrótce runą do twych brodów
Œmierć i pożogą niosące szeregi,
I twoje dotąd szanowane brzegi
Topór z zielonych ogołoci wianków,
Huk dział wystraszy słowiki z ogrodów.
Co przyrodzenia związał łańcuch złoty,
Wszystko rozerwie nienawiść narodów;
Wszystko rozerwie; - lecz serca kochanków
Złączą się znowu w pieśniach wajdeloty.
I
OBIÓR
Z Maryjenburskiej
wieży zadzwoniono,
Działa zagrzmiały, w bębny uderzono;
Dzień uroczysty w krzyżowym Zakonie;
Zewsząd komtury do stolicy śpieszą,
Kędy, zebrani w kapituły gronie,
Wezwawszy Ducha Œwiętego uradzą,
Na czyich piersiach wielki krzyż zawieszą
I w czyje ręce wielki miecz oddadzą.
Na radach spłynął dzień jeden i drugi,
Bo wielu mężów staje do zawodu,
A wszyscy
równie wysokiego rodu
I wszystkich równe w Zakonie
zasługi;
Dotąd powszechna między bracią zgoda
Nad wszystkich
wyżej stawi Wallenroda.
On cudzoziemiec, w Prusach
nieznajomy,
Sławą napełnił zagraniczne domy;
Czy Maurów
ścigał na kastylskich górach,
Czy Otomana przez
morskie odmęty,
W bitwach na czele, pierwszy był na murach,
Pierwszy zahaczał pohańców okręty;
I na turniejach,
skoro wstąpił w szranki,
Jeżeli raczył przyłbicę odsłonić,
Nikt
się nie ważył na ostre z nim gonić,
Pierwsze mu zgodnie ustępując
wianki.
Nie tylko między krzyżowymi roty
Wsławił orężem
młodociane lata,
Zdobią go wielkie chrześcijańskie
cnoty:
Ubóstwo, skromność i pogarda świata.
Konrad nie słynął w przydwornym nacisku
Gładkością
mowy, składnością ukłonów;
Ani swej broni dla podłego
zysku
Nie przedał w służbę niezgodnych baronów.
Klasztornym
murom wiek poświęcił młody,
Wzgardził oklaski i górne
urzędy;
Nawet zacniejsze i słodsze nagrody:
Minstrelów
hymny i piękności względy,
Nie przemawiały do zimnego
ducha.
Wallenrod pochwał obojętnie słucha,
Na kraśne lica
pogląda z daleka,
Od czarującej rozmowy ucieka.
Czy był
nieczułym, dumnym z przyrodzenia,
Czy stał się z wiekiem - bo choć
jeszcze młody,
Już włos miał siwy i zwiędłe jagody,
Napiętnowane
starością cierpienia -
Trudno odgadnąć: zdarzały się
chwile,
W których zabawy młodzieży podzielał,
Nawet
niewieścich gwarów słuchał mile,
Na żarty dworzan
żartami odstrzelał
I sypał damom grzecznych słówek krocie,
Z zimnym uśmiechem, jak dzieciom łakocie.
Były to
rzadkie chwile zapomnienia;
I wkrótce, lada słówko
obojętne,
Które dla drugich nie miało znaczenia,
W nim
obudzało wzruszenia namiętne;
Słowa: ojczyzna, powinność,
kochanka,
O krucyjatach i o Litwie wzmianka,
Nagle wesołość
Wallenroda truły;
Słysząc je, znowu odwracał oblicze,
Znowu na
wszystko stawał się nieczuły
I pogrążał się w dumy
tajemnicze.
Może, wspomniawszy świętość powołania,
Sam
sobie ziemskich słodyczy zabrania.
Jedne znał tylko przyjaźni
słodycze,
Jednego tylko wybrał przyjaciela,
Œwiętego cnotą
i pobożnym stanem:
Był to mnich siwy, zwano go Halbanem.
On
Wallenroda samotność podziela;
On był i duszy jego
spowiednikiem,
On był i serca jego powiernikiem.
Szczęśliwa
przyjaźń świętym jest na ziemi,
Kto umiał przyjaźń
zabrać ze świętemi.
Tak naczelnicy zakonnej
obrady
Rozpamiętują Konrada przymioty;
Ale miał wadę - bo któż
jest bez wady?
Konrad światowej nie lubił pustoty,
Konrad
pijanej nie dzielił biesiady.
Wszakże zamknięty w samotnym
pokoju,
Gdy go dręczyły nudy lub zgryzoty,
Szukał pociechy w
gorącym napoju;
I wtenczas zdał się wdziewać postać
nową,
Wtenczas twarz jego, bladą i surową,
Jakiś rumieniec
chorowity krasił;
I wielkie, niegdyś błękitne źrenice,
Które
czas nieco skaził i przygasił,
Ciskały dawnych ogniów
błyskawice;
Z piersi żałośnie westchnienie ucieka
I łzą
perłową nabrzmiewa powieka,
Dłoń lutni szuka, usta pieśni
leją,
Pieśni nucone cudzoziemską mową,
Lecz je
słuchaczów serca rozumieją.
Dosyć usłyszeć muzykę
grobową,
Dosyć uważać na śpiewaka postać:
W licach pamięci
widać natężenie,
Brwi podniesione, pochyłe wejrzenie,
Chcące z
głębiny ziemnej cóś wydostać;
Jakiż być może pieśni
jego wątek?-
Zapewne myślą, w obłędnych pogoniach,
Œciga
swą młodość na przeszłości toniach.
- Gdzież dusza jego?
- W krainie pamiątek.
Lecz nigdy ręka, w muzycznym
zapędzie,
Z lutni weselszych tonów nie dobędzie;
I lica
jego niewinnych uśmiechów
Zdają się lękać, jak
śmiertelnych grzechów.
Wszystkie uderza struny po
kolei,
Prócz jednej struny - prócz struny
wesela.
Wszystkie uczucia słuchacz z nim podziela,
Oprócz
jednego uczucia - nadziei.
Nieraz go bracia zeszli
niespodzianie
I nadzwyczajnej dziwili się zmianie.
Konrad
zbudzony zżymał się i gniewał,
Porzucał lutnię i pieśni nie
śpiewał;
Wymawiał głośno bezbożne wyrazy,
Cóś
Halbanowi szeptał po kryjomu,
Krzyczał na wojska, wydawał
rozkazy,
Straszliwie groził, nie wiadomo komu.
Trwożą się
bracia - stary Halban siada
I wzrok zatapia w oblicze
Konrada,
Wzrok przenikliwy, chłodny i surowy,
Pełen jakowejś
tajemnej wymowy.
Czy cóś wspomina, czyli cóś
doradza,
Czy trwogę w sercu Wallenroda budzi,
Zaraz mu
chmurne czoło wypogadza,
Oczy przygasza i oblicze studzi.
Tak
na igrzysku, kiedy lwów dozorca,
Sprosiwszy panny, damy i
rycerze,
Rozłamie kratę żelaznego dworca,
Da hasło trąbą; wtem
królewskie zwierzę
Grzmi z głębi piersi, strach na widzów
pada;
Jeden dozorca kroku nie poruszy,
Spokojnie ręce na
piersiach zakłada
I lwa potężnie uderzy - oczyma,
Tym
nieśmiertelnej talizmanem duszy
Moc bezrozumną na uwięzi
trzyma.
II
Z Maryjenburskiej wieży zadzwoniono,
Z
obradnej sali idą do kaplicy,
Najpierwszy komtur, wielcy
urzędnicy,
Kapłani, bracia i rycerzy grono.
Nieszpornych modłów
kapituła słucha
I śpiewa hymny do Œwiętego Ducha.
HYMN
Duchu, światło boże!
Gołąbko Syjonu!
Dziś
chrześcijański świat, ziemne podnoże
Twojego
tronu,
Widomą oświeć postacią
I roztocz skrzydła nad
syjońską bracią!
Spod Twych skrzydeł niech wystrzeli
Słonecznymi
promień blaski,
I kto najświętszej godniejszy łaski
Temu
niech złotym wieńcem skronie rozweseli;
A padniem na twarz, syny
człowieka,
Temu, nad kim spoczywa Twych skrzydeł opieka.
Synu
Zbawicielu!
Skinieniem wszechmocnej ręki
Naznacz, kto z
wielu
Najgodniejszy słynąć
Œwiętym znakiem Twojej
męki,
Piotra mieczem hetmanić żołnierstwu Twej wiary
I przed
oczyma pogaństwa rozwinąć
Królestwa Twego sztandary;
A
syn ziemi niech czoło i serce uniża
Przed tym, na czyich piersiach
błyśnie gwiazda krzyża.
* * *
Po modłach wyszli.
Arcykomtur zlecił,
Spocząwszy nieco powracać do choru
I
znowu błagać, aby Bóg oświecił
Kapłanów, braci
i mężów obioru.
Wyszli nocnymi orzeźwić się
chłody:
Jedni zasiedli zamkowy krużganek,
Drudzy przechodzą
gaje i ogrody.
Noc była cicha, majowej pogody;
Z dala niepewny
wyglądał poranek;
Księżyc obiegłszy błonie safirowe
Z odmiennym
licem, z różnym blaskiem w oku,
Drzemiąc to w ciemnym,
to w srebrnym obłoku,
Zniżał swą cichą i samotną głowę;
Jak
dumający w pustyni kochanek,
Obiegłszy myślą całe życia
koło,
Wszystkie nadzieje, słodycze, cierpienia,
To łzy wylewa,
to spójrzy wesoło,
Wreście ku piersiom zmordowane
czoło
Skłania - i wpada w letarg zamyślenia.
Przechadzką
inni bawią się rycerze.
Lecz Arcykomtur chwil darmo nie
traci,
Zaraz Halbana i celniejszych braci
Wzywa do siebie i na
stronę bierze,
Aby z daleka od ciekawej rzeszy
Zasięgnąć rady,
udzielić przestrogi.
Wychodzi z zamku, na równiną
śpieszy;
Tak rozmawiając, nie pilnując drogi,
Błądzili
kilka godzin w okolicy,
Blisko spokojnych jeziora wybrzeży.
Już
ranek, pora wracać do stolicy.
Stają - głos jakiś - skąd? - z
narożnej wieży:
Słuchają pilnie - to głos pustelnicy.
W
tej wieży dawno, przed laty dziesięciu,
Jakaś nieznana,
pobożna niewiasta,
Z dala przybywszy do Maryi-miasta-
Czy ją
natchnęło niebo w przedsięwzięciu,
Czy skażonego sumienia
wyrzuty
Pragnąc ukoić balsamem pokuty,
Pustelniczego szukała
ukrycia
I tu znalazła grobowiec za życia.
Długo nie
chcieli zezwalać kapłani,
Wreszcie stałością prośby
przełamani
Dali jej w wieży samotne schronienie.
I.edwie
stanęła za święconym progiem,
Na próg zwalono cegły i
kamienie,
Została sama z myślami i Bogiem;
I bramę, co ją
od żyjących dzieli,
Chyba w dzień sądny odemkną anieli.
U
góry małe okienko i krata,
Kędy pobożny lud słał
pożywienie,
A niebo - wietrzyk i dzienne promienie.
Biedna
grzesznico, czyż nienawiść świata
Do tyla umysł
skołatała młody,
Że się obawiasz słońca i pogody?-
Zaledwie w
swoim zamknęła się grobie,
Nikt jej nie widział przy okienku
wieży
Przyjmować w usta wiatru oddech świeży,
Oglądać
niebo w pogodnej ozdobie
I miłe kwiaty na ziemnym obszarze,
I
stokroć milsze swoich bliźnich twarze.
Wiedziano tylko,
że jest dotąd w życiu;
Bo nieraz jeszcze świętego
pielgrzyma,
Gdy nocą przy jej błąka się ukryciu,
Jakiś
dźwięk miły na chwilę zatrzyma;
Dźwięk to zapewne
pobożnej piosenki.
I z pruskich wiosek gdy zebrane dzieci
Igrają
w wieczór u bliskiej dąbrowy,
Natenczas z okna cóś
białego świeci,
Jak gdyby promyk wschodzącej jutrzenki:
Czy
to jej włosa pukiel bursztynowy,
Czyli to połysk drobnej, śnieżnej
ręki,
Błogosławiącej niewiniątek głowy?
Komtur, tamtędy
obróciwszy kroki,
Słyszy, gdy wieżę narożną pomijał:
"Tyś
Konrad, przebóg! spełnione wyroki,
Ty masz być mistrzem,
abyś ich zabijał!
Czyż nie poznają? - ukrywasz
daremnie,
Chociażbyś, jak wąż, inne przybrał ciało,
Jeszcze
by w twojej duszy pozostało
Wiele dawnego - wszak zostało we
mnie!
Chociażbyś wrócił, po twoim pogrzebie
Jeszcze
Krzyżacy poznaliby ciebie".
Słucha rycerstwo - to głos
pustelnicy,
Spojrzą na kratę, zda się pochylona,
Zda się ku
ziemi wyciągać ramiona,
Do kogoż? - Pusto w całej okolicy.
Z
daleka tylko jakiś blask uderza,
Na kształt płomyka stalowej
przyłbicy,
I cień na ziemi - czy to płaszcz rycerza?
Już znikło
- pewnie złudzenie źrenicy,
Pewnie jutrzenki błysnął wzrok
rumiany,
Po ziemi ranne przemknęły tumany.
"Bracia!-
rzekł Halban - dziękujmy niebiosom,
Pewnie wyroki niebios nas
przywiodły,
Ufajmy wieszczym pustelnicy głosom.
Czy
słyszeliście? - Wieszczba o Konradzie,
Konrad dzielnego imię
Wallenroda.
Stójmy, brat bratu niechaj rękę poda,
Słowo
rycerskie: na jutrzejszej radzie
On mistrzem naszym! " -
"Zgoda - krzykną - zgoda!"
I poszli krzycząc; długo
po dolinie
Odgłos tryumfu i radości bije:
"Konrad
niech żyje, Wielki Mistrz niech żyje!
Niech żyje Zakon! niech
pogaństwo zginie!"
Halban pozostał mocno zamyślony,
Na
wołających okiem wzgardy rzucił,
Spójrzał ku wieży i
cichymi tony
Taką piosenkę odchodząc zanucił:
[PIEŒŃ]
Wilija, naszych strumieni rodzica,
Dno ma złociste i
niebieskie lica;
Piękna Litwinka, co jej czerpa wody,
Czystsze
ma serce, śliczniejsze jagody.
Wilija w miłej
kowieńskiej dolinie
Œród tulipanów i narcyzów
płynie;
U nóg Litwinki kwiat naszych młodzianów,
Od
róż kraśniejszy i od tulipanów.
Wilija gardzi
doliny kwiatami,
Bo szuka Niemna, swego oblubieńca;
Litwince
nudno między Litwinami,
Bo ukochała cudzego młodzieńca.
Niemen
w gwałtowne pochwyci ramiona,
Niesie na skały i dzikie
przestworza,
Tuli kochankę do zimnego łona,
I giną razem w
głębokościach morza.
I ciebie równie przychodzień
oddali
Z ojczystych dolin, o Litwinko biedna!
I ty utoniesz w
zapomnienia fali,
Ale smutniejsza, ale sama jedna.
Serce i
potok ostrzegać daremnie,
Dziewica kocha i Wilija bieży;
Wilija
znikła w ukochanym Niemnie,
Dziewica płacze w pustelniczej
wieży.
III
Gdy Mistrz praw świętych
ucałował księgi,
Skończył modlitwę i wziął od komtura
Miecz i
krzyż wielki, znamiona potęgi,
Wzniósł dumnie czoło,
chociaż troski chmura
Ciążyła nad nim; wkoło okiem strzelił,
W
którym się radość na pół z gniewem żarzy,
I
niewidziany gość na jego twarzy,
Uśmiech przeleciał,
słaby i znikomy:
Jak blask, co chmurę poranną rozdzielił,
Zwiastując razem wschód słońca i gromy.
Ten
zapał Mistrza, to groźne oblicze,
Napełnia serca otuchą,
nadzieją;
Widzą przed sobą bitwy i zdobycze
I hojnie w myśli
krew pogańską leją.
Takiemu władcy któż dostoi kroku?
Któż
się nie zlęknie jego szabli, wzroku?-
Drżyjcie Litwini! już się
chwila zbliża,
Gdy z murów Wilna błyśnie znamię
krzyża.
Nadzieje próżne. - Cieką dni, tygodnie,
Upłynął cały długi rok w pokoju;
Litwa zagraża, Wallenrod
niegodnie
Ani sam walczy, ani śle do boju;
A gdy się
zbudzi i cóś działać zacznie,
Stary porządek wywraca
opacznie.
Woła, że Zakon z świętych wyszedł karbów,
Że
bracia gwałcą przysiężone śluby;
"Módlmy się -
woła - wyrzeczmy się skarbów,
Szukajmy m cnotach i pokoju
chluby!"
Narzuca posty, pokuty ciężary,
Uciech,
wygody niewinnej zaprzecza;
Lada grzech ściga najsroższymi
kary
Podziemnych lochów, wygnania i miecza.
Tymczasem
Litwin, co przed laty z dala
Omijał bramy zakonnej stolicy,
Teraz
dokoła wsi co noc podpala
I lud bezbronny chwyta z okolicy;
Pod
samym zamkiem dumnie się przechwala,
Że idzie na mszę do mistrza
kaplicy;
Pierwszy raz dzieci z rodziców swych progu
Drżały na straszny dźwięk żmudzkiego rogu.
Kiedyż
być może czas lepszy do wojny?-
Litwa szarpana wewnętrzną
niezgodą;
Stąd dzielny Rusin, stąd Lach niespokojny,
Stąd
krymskie chany lud potężny wiodą.
Witołd, zepchnięty od Jagiełły z
tronu,
Przyjechał szukać opieki Zakonu;
W nagrodę skarby i
ziemie przyrzeka
I wsparcia dotąd nadaremnie czeka.
Szemrają
bracia, gromadzi się rada,
Mistrza nie widać; Halban stary
bieży,
W zamku, w kaplicy nie znalazł Konrada:
Gdzież on?
- zapewne u narożnej wieży.
Œledzili bracia nocne jego
kroki;
Wszystkim wiadomo: każdego wieczora,
Gdy ziemię grubsze
osłaniają mroki,
On idzie błądzić po brzegach jeziora;
Albo
klęczący, przyparty do muru,
Okryty płaszczem, aż do białej
zorzy
Œwieci z daleka, jak posąg z marmuru,
I przez
noc całą senność go nie zmorzy.
Częsta na cichy odgłos
pustelnicy
Wstaje i ciche daje odpowiedzi;
Brzmienia ich z dala
ucho nie dośledzi,
Lecz widać z blasku wstrząśnionej
przyłbicy,
Rąk niespokojnych, podniesionej głowy,
Że jakieś
ważne toczą się rozmowy.
PIEŒŃ Z WIEŻY
Któż
me westchnienia, kto me łzy policzy?
Czy już tak długie
przepłakałam lata,
Czy tyle w piersiach i oczach goryczy,
Że
od mych westchnień pordzawiała krata?-
Gdzie łza upadnie, w zimny
głaz przecieka,
Jak gdyby w serce dobrego człowieka.
Jest
wieczny ogień w zamku 5wentoroga,
Ten ogień żywią pobożne
kapłany;
Jest wieczne źródło na górze
Mendoga,
To źródło żywią śniegi i tumany;
Nikt
moich westchnień i łez nie podsyca,
A dotąd boli serce i źrenica.
Pieszczoty ojca, matki uściśnienia,
Zamek
bogaty, kraina wesoła,
Dni bez tęsknoty, nocy bez
marzenia;
Spokojność na kształt cichego anioła,
We dnie i
w nocy, na polu i w domie
Strzegła mig z bliska, chociaż
niewidomie.
Trzy piękne córki było nas u matki,
A
mnie najpierwej żądano w zamęście;
Szczęśliwa młodość,
szczęśliwe dostatki,
Któż mi powiedział, że jest inne
szczęście?
Piękny młodzieńcze! na coś mi powiedział
To, o czym w Litwie nikt pierwej nie wiedział?
O Bogu
wielkim, o jasnych aniołach,
Kamiennych miastach, kędy wiara
święta,
Gdzie lud w bogatych modli się kościołach
I
kędy dziewic słuchają książęta,
Waleczni w boju, jak nasi
rycerze,
Czuli w miłości, jak nasi pasterze;
Gdzie
człowiek, ziemne złożywszy pokrycie,
Z duszą ulata po rozkosznym
niebie.
Ach, ja wierzyłam, bo niebieskie życie
Już
przeczuwałam, gdym słuchała ciebie!
Ach, odtąd marze, w dobrych i
złych losach,
Tylko o tobie, tylko o niebiosach.
Krzyż na
twych piersiach oczy me weselił,
W nim oglądałam przyszłe
szczęścia hasło,
Niestety! z krzyża gdy piorun
wystrzelił,
Wszystko dokoła ucichło, zagasło!
Nic nie żałuję,
choć gorzkie łzy leję,
Boś wszystko odjął, zostawił nadzieję.
"Nadzieję!" - cichym powtórzyły echem
Brzegi jeziora, doliny i knieje.
Zbudził się Konrad i z
dzikim uśmiechem:
"Gdzież jestem - wołał - tu słychać
nadzieje?
Na co te pieśni? - Pomnę twoje szczęście;
Trzy
piękne córki było was u matki,
Ciebie najpierwej żądano w
zamęście...
Biada, o biada wam, nadobne kwiatki!
Straszliwa
żmija wkradła się do sadu,
A kędy piersią prześliźnie
się błędną,
Usechną trawy i róże uwiędną,
I będą
żółte jako piersi gadu!
Uciekaj myślą i dni
przypominaj,
Które byś dotąd pędziła wesoło,
Gdyby...
ty milczysz? - śpiewaj i przeklinaj;
Niechaj łza straszna, co
głazy przecieka,
Nie ginie darmo; zdejmę szyszak z głowy,
Tu
niechaj spadnie, niech mi pali czoło,
Tu niechaj spadnie, jam
cierpieć gotowy:
Chcęg znać zawczasu, co mig w piekle czeka!"
Głos
z wieży -
"Daruj, mój miły, daruj mi, jam winna.
Przyszedłeś późno, tęskno było czekać,
I
mimowolnie jakaś pieśń dziecinna...
Precz mi z tą
pieśnią! - miałażbym narzekać?-
Z tobą, mój luby, z
tobąśmy przeżyli
Znikomą chwilę, lecz tej jednej chwili
Nie
będę mieniać z całą ziemian zgrają
Na ciche życie, przepędzone w
nudzie.
Ty sam mówiłeś, że zwyczajni ludzie
Są jako
konchy, co się w bagnie tają;
Ledwie raz na rok falą niepogody
Wypchnięte z mętnej pokażą się wody,
Otworzą usta, raz
westchną ku niebu
I znowu wrócą do swego pogrzebu.
Nie,
jam na takie szczęście nie stworzona!
Jeszcze w ojczyźnie,
ciche pędząc życie,
Nieraz w pośrodku towarzyszek grona
Za
czymś tęskniłam i wzdychałam skrycie,
I czułam serca
niespokojne bicie.
Nieraz z poziomej uciekałam łąki
I na
najwyższym stanąwszy pagórku,
Myśliłam sobie:
gdyby te skowronki
Ze skrzydeł swoich dały mi po piórku,
Poszłabym
z nimi i tylko z tej góry
Chciałabym jeden mały kwiat
uszczyknąć,
Kwiat niezabudki, a potem za chmury
Lecieć wysoko!
wysoko! i - zniknąć.
Tyś mię wysłuchał, ty skrzydły
orlemi,
Monarcho ptaków, wzniosłeś mię do
siebie!
Teraz, skowronki, o nic was nie proszę,
Bo gdzież ma
lecieć, po jakie rozkosze,
Kto poznał Boga wielkiego na
niebie
I kochał męża wielkiego na ziemi?"
Konrad
"Wielkość!
i znowu wielkość, mój aniele!
Wielkość, dla
której jęczymy w niedoli.
Kilka dni jeszcze, niech serce
przeboli,
Kilka dni tylko, już ich tak niewiele.
Stało się!
próżno po czasie żałować!
Płaczmy - lecz niechaj drżą
nieprzyjaciele,
Bo Konrad płakał, ażeby mordować.
Po coś
tu przyszła, po co, moja droga!
Z klasztornych murów,
z świątyni pokoju?-
Jam cię poświęcił na usługi
Boga;
Nie lepiejż było w świętych jego murach,
Z dala ode
mnie płakać i umierać,
Niż tu, w krainie kłamstwa i rozboju,
W
grobowej wieży, w powolnych torturach,
Konać i oczy samotne
otwierać,
I przez niezłomne tej kraty okucia
Pomocy żebrać? - A
ja słuchać muszę,
Patrzeć na długą skonania katuszę,
Stojąc
z daleka, i kląć moję duszę,
Że w niej są jeszcze ostatki
uczucia!"
Głos z wieży
"Jeśli narzekasz,
nie przychodź tu więcej;
Chociażbyś przyszedł, błagał
najgoręcej,
Już nie usłyszysz! już okno zamykam,
Spuszczę się
znowu w moję wieżę ciemną,
Niechaj w milczeniu gorzkie łzy
połykam.
Bądź zdrów na wieki, bądź zdrów,
mój jedyny!
I niech zaginie pamięć tej godziny,
W której
nie miałeś litości nade mną".
Konrad
"Więc
ty miej litość, ty jesteś aniołem,
Stój, a jeżeli
prośba cię nie wstrzyma,
O ten róg wieży uderzę się
czołem,
Będę cię błagał skonaniem Kaima".
Głos z wieży
"0,
miejmy litość nad sobą samemi,
Pomnij, mój luby, że
jak ten świat wielki,
Dwoje nas tylko na ogromnej ziemi
Na
morzach piasku dwie rosy kropelki;
Że, lada wietrzyk, z ziemnego
padołu
Znikniem na zawsze, ach! gińmyż pospołu!
Nie na to
przyszłam, ażeby cię dręczyć;
Nie chciałam przyjąć święcenia
kapłanek,
Bo niebu serca nie śmiałam zaręczyć,
Póki
w nim ziemski panował kochanek;
Pragnęłam zostać w klasztorze i
skromnie
Oddać dni moje zakonnic usłudze,
Lecz tam bez ciebie
wszystko wokoło mnie
Było tak nowe, tak dzikie, tak
cudze.
Wspomniałam sobie, że po latach wielu
Miałeś
powrócić do Maryi-grodu,
Szukając zemstę na
nieprzyjacielu
I broniąc sprawę biednego narodu.
Kto czeka,
lata myślami ukraca;
Mówiłam sobie: on już może
wraca,
Może już wrócił; czyż nie wolno żądać,
Gdy mam
żyjąca zakopać się w grobie,
Abym cię mogła raz jeszcze
oglądać,
Abym przynajmniej umarła przy tobie!
Pójdę więc
- rzekłam - w pustelniczym domku,
Około drogi, na skały ułomku,
Zamknę się sama: może rycerz jaki,
Koło mej chatki
przechodzący blisko,
Wymówi czasem kochanka nazwisko,
Może
pomiędzy obcymi szyszaki
Ujrzę znak jego: niech odmieni
zbroje,
Niechaj na tarczę obce godła kładnie,
Niech twarz
odmieni, jeszcze serce moje,
Z daleka nawet, kochanka odgadnie.
I
gdy go ciężka powinność przymusza
Wszystko dokoła wyniszczać
i krwawić,
Wszyscy go przeklną, będzie jedna dusza,
Co mu
z daleka śmie pobłogosławić!
Tu mój obrałam domek i
grobowiec,
W cichej ustroni, kędy świętokradzki
Mych jęków
nie śmie podsłuchać wędrowiec.
Ty, wiem, iż lubisz samotne
przechadzki;
Myśliłam sobie: on może z wieczora
Wybieży z
dala od swych towarzyszy,
Pomówić z wiatrem i z falą
jeziora,
Pomyśli o mnie i głos mój usłyszy.
Niebo
spełniło niewinne życzenia;
Przyszedłeś, moje zrozumiałeś
pienia.
Dawniej prosiłam, by mig twym obrazem
Pocieszały,
choć obraz był niemy;
Dziś ile szczęścia I dziś
możemy razem-
Razem zapłakać..."
Konrad
"I
cóż wypłaczemy?-
Płakałem, pomnisz, kiedy się wydarłem
Na
wieki wieków z twojego objęcia,
Gdy dobrowolnie dla
szczęścia umarłem,
Ażeby krwawe spełnić przedsięwzięcia.
Już uwieńczone zbyt długie męczeństwo,
Teraz stanąłem u
życzeń mych celu,
Mogę się zemścić na nieprzyjacielu;
A ty
mi przyszłaś wydzierać zwycięstwo.
Odtąd jak znowu z okna
twej wieżycy
Spójrzałaś na mnie, w całym kręgu
świata
Znowu nic nie ma dla mojej źrenicy,
Tylko
jezioro i wieża, i krata.
Wkoło mnie wszystko wre wojny
rozruchem;
Œród trąb odgłosu, śród oręża
szczęku
Ja niecierpliwym, wytężonym uchem
Szukam ust
twoich anielskiego dźwięku,
I dzień mój cały jest
oczekiwaniem,
A gdy wieczornej doczekam się pory,
Chcę ją
przedłużyć rozpamiętywaniem;
Ja życie moje liczę na
wieczory.
Tymczasem Zakon spoczynkowi łaje,
O wojnę prosi,
własnej żąda zguby,
I mściwy Halban wytchnąć mi nie
daje:
Albo dawniejsze przypomina śluby,
Wyrznięte
sioła i zniszczone kraje,
Albo gdy nie chcę skargi jego
słuchać,
Jednym westchnieniem, skinieniem, oczyma,
Umie
przygasłą chęć zemsty rozdmuchać.
Wyrok mój zda się
przybliżać do końca,
Nic już Krzyżaków od wojny nie
wstrzyma.
Wczoraśmy z Rzymu odebrali gońca,
Z różnych
stron świata niezliczone chmury,
Pobożny zapał w pole
nagromadził,
Wszyscy wołają, abym ich prowadził
Z mieczem
i krzyżem na wileńskie mury.
A przecież - wyznam ze wstydem! w tej
chwili,
Kiedy się ważą narodów wyroki,
Myślę o
tobie, wynajduję zwłoki,
Żebyśmy jeszcze dzień jeden
przeżyli.
Młodości! jakże wielkie twe ofiary!
Jam miłość,
szczęście, jam niebo za młodu
Umiał poświęcić dla sprawy
narodu,
Z żalem, lecz z męstwem! a dzisiaj ja stary,
Dzisiaj
powinność, rozpacz, wola boża
Pędzą mię w pole! a ja
siwej głowy
Nie śmiem oderwać od tych ścian
podnoża,
Ażeby twojej nie stracić - rozmowy!"
Umilknął;
z wieży słychać tylko jęki;
W milczeniu długie przeciekły
godziny,
Noc rozrzedniała i promyk jutrzeńki
Już zarumienił
lica cichej wody;
Pomiędzy liściem drzemiącej krzewiny
Ze
szmerem ranne przewiewały chłody,
Ptaszęta cichym ozwały się
pieniem,
Umilkły znowu - i długim milczeniem
Znać dają, że
się zbudziły za wcześnie.
Konrad powstaje, wzniosł ku wieży
czoło,
Długo na kratę poglądał boleśnie;
Słowik zanucił,
Konrad naokoło
Spojrzał: już ranek; - opuścił przyłbicy,
W
szerokie zwoje płaszcza twarz obwinął,
Skinieniem ręki żegna
pustelnicy
I w krzakach zginął.
Tak duch piekielny od wrót
pustelnika
Na odgłos dzwonu porannego znika.
IV
UCZTA
Był dzień patrona, uroczyste święto,
Komtury
z braćmi do stolicy jadą,
Białe chorągwie na wieżach
zatknięto.
Konrad rycerzy ma uczcić biesiadą.
Sto białych
płaszczów powiewa za stołem,
Na każdym płaszczu czerni się
krzyż długi:
To byli bracia, a za nimi kołem
Młodzi giermkowie
stoją dla posługi.
Konrad na czele, po lewicy tronu
Wziął
miejsce Witold ze swymi hetmany;
Dawniej był wrogiem, dziś
gościem Zakonu,
Przeciwko Litwie sojuszem związany.
Już
Mistrz powstawszy daje uczty hasło:
"Cieszmy się w Panu!"
- wnet puchary błysły.
"Cieszmy się w Panu!" - tysiąc
głosów wrzasło,
Srebra zabrzmiały, strugi mina trysły.
Wallenrod usiadł i na łokciu wsparty
Słuchał z pogardą
nieprzystojnych gwarów;
Umilkła wrzawa, ledwie ciche żarty
Gdzieniegdzie przerwą lekki dźwięk pucharów.
"Cieszmy się - rzecze - cóż to, bracia
moi,
Tak-że rycerzom cieszyć się przystoi?-
Zrazu wrzask
pijany, a teraz szmer cichy;
Mamyż ucztować jak zbójce lub
mnichy? -
"Inne zwyczaje były za mych czasów,
Kiedy
na pełnym trupów bojowisku,
Œród gór
kastylskich lub finlandzkich lasów,
Przy obozowym piliśmy
ognisku.
"Tam były pieśni! Między waszym gminem
Czyż nie ma barda albo menestrela?-
Serce człowieka wino
rozwesela,
Ale piosenka jest dla myśli winem".
Zarazem
różni śpiewacy powstali:
Tam Włoch otyły słowiczymi
tony
Konrada męstwo i pobożność chwali;
Ówdzie
trubadur od brzegów Garony
Opiewa dzieje miłośnych
pasterzy,
Zaklętych dziewic i błędnych rycerzy.
Wallenrod
drzemał, piosenki ustały;
Nagle zbudzony przerwanym
łoskotem,
Cisnął Włochowi trzos ładowny złotem:
"Mnie -
rzekł - jednemu śpiewałeś pochwały,
Jeden nie może dać
innej nagrody.
Weź i pójdź z oczu! Ów
trubadur młody,
Który piękności i miłości
służy,
Niechaj daruje, że w rycerskim gronie
Dziewicy nie masz,
co by mu na łonie
Wdzięczna przypięła marny kwiatek róży.
"Tu róże zwiędły, innego chcę barda,
Zakonnik-rycerz, innej chcę piosenki,
Niechaj mi będzie
tak dzika i twarda
Jak hałas rogów i oręża szczęki,
I tak ponura jak klasztorne ściany,
I tak ognista jak samotnik pjany.
"Dla nas, co święcim i mordujem
ludzi,
Mordercza piosnka niech świętość ogłasza,
Niechaj
rozczula i gniewa, i nudzi,
I znowu niechaj znudzonych
przestrasza.
Takie jest życie - taka piosnka nasza.
Kto ją zaśpiewa? kto? " -" Ja" - odpowiedział
Sędziwy
starzec, który u podwojów
Między giermkami i paziami
siedział,
Prusak czy Litwin, jak widać ze strojów;
Brodę
miał gęstą, wiekiem ubieloną,
Głowę obwiewa ostatek siwizny,
Czoło
i oczy zakryte zasłoną,
W twarzy wyryte łat i cierpień blizny.
W
prawicy starą lutnię pruską nosił,
A lewą rękę wyciągnął do stoła
I tym skinieniem posłuchania prosił.
Ucichli wszyscy. -
"Ja śpiewam - zawoła.-
Dawniej Prusakom i Litwie
śpiewałem;
Dziś jedni legli w ojczyzny obronie,
Drudzy,
żyć nie chcąc po ojczyzny zgonie,
Dobić się wolą nad jej martwym
ciałem,
Jak sługi wierne w dobrym i złym losie
Giną na swego
dobroczyńcy stosie;
Inni sromotnie po lasach się kryją,
Inni,
jak Witold, między wami żyją.
"Ale po śmierci,
Niemcy, wy to wiecie,
Sami spytajcie niecnych zdrajców
kraju,
Co oni poczną gdy na tamtym świecie,
Wskazani
wiecznym ogniom na pożarcie,
Zechcą swych przodków
wywoływać z raju,
Jakim językiem poproszą o wsparcie?
Czy w ich
niemieckiej barbarzyńskiej mowie
Głos dzieci swoich uznają
przodkowie?
"O dzieci, jaka Litwinom sromota!
Żaden
mi, żaden nie przyniosł obrony,
Gdy od ołtarza, stary
wajdelota,
Byłem w niemieckich kajdanach wleczony.
Samotny w
obcej ziemi zestarzałem,
Œpiewak, niestety! śpiewać nie
mam komu;
Na Litwę patrząc oczy wypłakałem
Dzisiaj jeżeli chcę
westchnąć do domu,
Nie wiem, gdzie leży mój dóm
ulubiony,
Czy tam, czy owdzie, czyli z tamtej strony.
"Tu
tylko, w sercu, tu się ochroniło,
Co w mej ojczyźnie
najlepszego było,
I te ubogie dawnych skarbów
szczątki
Weźcie mi, Niemcy, weźcie mi pamiątki!
"Jak
zwyciężony rycerz na igrzysku
Zachowa życie, ale cześć
utraca;
I dni wzgardzone wlekąc w pośmiewisku,
Znowu do
swego zwycięży powraca;
I raz ostatni wytężając ramię,
Broń swą
pod jego stopami rozłamie:
"Tak mię ostatnia natchnęła
ochota,
Jeszcze do lutni ośmieliłem rękę,
Niech wam
ostatni w Litwie wajdelota
Nuci ostatnią litewską piosenkę".
Skończył i czekał Mistrza odpowiedzi,
Czekają wszyscy w
milczeniu głębokiem,
Konrad badawczym i szyderczym okiem
Witolda
liców i poruszeń śledzi.
Postrzegli wszyscy,
kiedy wajdelota
Mówił o zdrajcach, jak. się Witold
mienił,
Zsiniał, pobladnął, znowu się czerwienił,
Dręczy go
równie i gniew, i sromota,
Na koniec, szablę ściskając
u boku,
Idzie, zdziwioną gromadę roztrąca,
Spójrzał na
starca, zahamował kroku,
I chmura gniewu, nad czołem
wisząca,
Opadła nagle w bystrym łez potoku;
Powrócił,
usiadł, płaszczem twarz zasłania
I w tajemnicze utonął dumania.
A Niemcy z cicha: "Czyliż do biesiady
Przypuszczać
mamy żebrające dziady?
Kto słucha pieśni i kto je rozumie?"
-
Takie odgłosy w biesiadniczym tłumie
Coraz żywszymi
przerywano śmiechy;
Paziowie krzyczą świstając w
orzechy:
"Oto jest nuta Litewskiego śpiewu".
Wtem
Konrad powstał: "Waleczni rycerze!
Dziś Zakon, wedle
starego zwyczaju,
Od miast i książąt podarunki bierze;
Jak
winne hołdy z podległego kraju,
Żebrak wam piosnkę przynosi w
ofierze;
Złożenia hołdu nie brońmy starcowi,
Weźmijmy
piosnkę, będzie to grosz wdowi.
"Pośród nas
widzim książęcia Litwinów,
Gośćmi Zakonu są jego
wodzowie,
Miło im będzie pamięć dawnych czynów
Słyszeć,
w ojczystej odświeżoną mowie.
Kto nie rozumie, niechaj się
oddali;
Ja czasem lubię te posępne jęki
Niezrozumiałej
litewskiej piosenki,
Jak lubię łoskot rozhukanej fali
Albo
szmer cichy wiosennego deszczu;
Przy nich spać miło. - Śpiewaj, stary wieszczu!"
>>
Adam Mickiewicz Konrad Wallenrod
|
|