Bruno Schulz Sklepy cynamonowe
ULICA KROKODYLI
Mój ojciec przechowywał w dolnej szufladzie swego głębokiego biurka starą i piękną
mapę naszego miasta.
Był to cały wolumen in folio pergaminowych kart, które pierwotnie spojone
skrawkami płótna, tworzyły ogromną mapę ścienną w kształcie panoramy z
ptasiej perspektywy.
Zawieszona na ścianie, zajmowała niemal przestrzeń całego pokoju i otwierała daleki
widok na całą dolinę Tyśmienicy, wijącej się falisto bladozłotą wstęgą,
na całe pojezierze szeroko rozlanych moczarów i stawów, na pofałdowane
przedgórza, ciągnące się ku południowi, naprzód z rzadka, potem coraz tłumniejszymi
pasmami, szachownicą okrągławych wzgórzy, coraz mniejszych i coraz
bledszych, w miarę jak odchodziły ku złotawej i dymnej mgle horyzontu. Z tej
zwiędłej dali peryferii wynurzało się miasto i rosło ku przodowi, naprzód
jeszcze w nie zróżnicowanych kompleksach, w zwartych blokach i masach domów,
poprzecinanych głębokimi parowami ulic, by bliżej jeszcze wyodrębnić się w
pojedyncze kamienice, sztychowane z ostrą wyrazistością widoków oglądanych
przez lunetę. Na tych bliższych planach wydobył sztycharz cały zawikłany i
wieloraki zgiełk ulic i zaułków, ostrą wyrazistość gzymsów, architrawów,
archiwolt i pilastrów, świecących w późnym i ciemnym złocie pochmurnego
popołudnia, które pogrąża wszystkie załomy i framugi w głębokiej sepii
cienia. Bryły i pryzmy tego cienia wcinały się, jak plastry ciemnego miodu, w
wąwozy ulic, zatapiały w swej ciepłej, soczystej masie tu całą połowę
ulicy, tam wyłom między domami, dramatyzowały i orkiestrowały ponurą
romantyką cieni tę wieloraką polifonię architektoniczną.
Na tym planie, wykonanym w stylu barokowych prospektów, okolica Ulicy Krokodylej
świeciła pustą bielą, jaką na kartach geograficznych zwykło się oznaczać
okolice podbiegunowe, krainy niezbadane i niepewnej egzystencji. Tylko linie
kilku ulic wrysowane tam były czarnymi kreskami i opatrzone nazwami w prostym,
nieozdobnym piśmie, w odróżnieniu od szlachetnej antykwy innych napisów.
Widocznie kartograf wzbraniał się uznać przynależność tej dzielnicy do
zespołu miasta i zastrzeżenie swe wyraził w tym odrębnym i postponującym wykonaniu.
Aby zrozumieć tę rezerwę, musimy już teraz zwrócić uwagę na dwuznaczny i wątpliwy
charakter tej dzielnicy, tak bardzo odbiegający od zasadniczego tonu całego miasta.
Był to dystrykt przemysłowo-handlowy z podkreślonym jaskrawo charakterem trzeźwej
użytkowości. Duch czasu, mechanizm ekonomiki, nie oszczędził i naszego
miasta i zapuścił korzenie na skrawku jego peryferii, gdzie rozwinął się w
pasożytniczą dzielnicę.
Kiedy w starym mieście panował wciąż jeszcze nocny, pokątny handel, pełen
solennej ceremonialności, w tej nowej dzielnicy rozwinęły się od razu
nowoczesne, trzeźwe formy komercjalizmu. Pseudoamerykanizm, zaszczepiony na
starym, zmurszałym gruncie miasta, wystrzelił tu bujną, lecz pustą i
bezbarwną wegetacją tandetnej, lichej pretensjonalności. Widziało się tam
tanie, marnie budowane kamienice o karykaturalnych fasadach, oblepione
monstrualnymi sztukateriami z popękanego gipsu. Stare, krzywe domki podmiejskie
otrzymały szybko sklecone portale, które dopiero bliższe przyjrzenie
demaskowało jako nędzne imitacje wielkomiejskich urządzeń. Wadliwe, mętne i
brudne szyby, łamiące w falistych refleksach ciemne odbicie ulicy, nie
heblowane drzewo portali, szara atmosfera jałowych tych wnętrzy, osiadających
pajęczyną i kłakami kurzu na wysokich półkach i wzdłuż odartych i kruszących
się ścian, wyciskały tu, na sklepach, piętno dzikiego Klondike'u. Tak ciągnęły
się jeden za drugim, magazyny krawców, konfekcje, składy porcelany, drogerie,
zakłady fryzjerskie. Szare ich, wielkie szyby wystawowe nosiły ukośnie lub w
półkolu biegnące napisy ze złoconych plastycznych liter: CONFISERIE,
MANUCURE, KING OF ENGLAND.
Rdzenni mieszkańcy miasta trzymali się z dala od tej okolicy, zamieszkiwanej przez
szumowiny, przez gmin, przez kreatury bez charakteru, bez gęstości, przez istną
lichotę moralną, tę tandetną odmianę człowieka, która rodzi się w takich
efemerycznych środowiskach. Ale w dniach upadku, w godzinach niskiej pokusy
zdarzało się, że ten lub ów z mieszkańców miasta zabłąkiwał się na wpół
przypadkiem w tę wątpliwą dzielnicę. Najlepsi nie byli czasem wolni od
pokusy dobrowolnej degradacji, zniwelowania granic i hierarchii, pławienia się
w tym płytkim błocie wspólnoty, łatwej intymności, brudnego zmieszania.
Dzielnica ta była eldoradem takich dezerterów moralnych, takich zbiegów spod
sztandaru godności własnej. Wszystko zdawało się tam podejrzane i
dwuznaczne, wszystko zapraszało sekretnym mrugnięciem, cynicznie artykułowanym
gestem, wyraźnie przymrużonym perskim okiem - do nieczystych nadziei, wszystko
wyzwalało z pęt niską naturę.
Mało kto, nie uprzedzony, spostrzegał dziwną osobliwość tej dzielnicy: brak barw,
jak gdyby w tym tandetnym, w pośpiechu wyrosłym mieście nie można było
sobie pozwolić na luksus kolorów. Wszystko tam było szare jak na
jednobarwnych fotografiach, jak w ilustrowanych prospektach. Podobieństwo to
wychodziło poza zwykłą metaforę, gdyż chwilami, wędrując po tej części
miasta, miało się w istocie wrażenie, że wertuje się w jakimś prospekcie,
w nudnych rubrykach komercjalnych ogłoszeń, wśród których zagnieździły się
pasożytniczo podejrzane anonse, drażliwe notatki, wątpliwe ilustracje; i wędrówki
te były równie jałowe i bez rezultatu jak ekscytacje fantazji, pędzonej
przez szpalty i kolumny pornograficznych druków.
Wchodziło się do jakiegoś krawca, żeby zamówić ubranie - ubranie o taniej elegancji,
tak charakterystycznej dla tej dzielnicy. Lokal był wielki i pusty, bardzo
wysoki i bezbarwny. Ogromne wielopiętrowe półki wznoszą się jedne nad
drugimi w nie określoną wysokość tej hali. Kondygnacje pustych półek
wyprowadzają wzrok w górę aż pod sufit, który może być niebem - lichym,
bezbarwnym, odrapanym niebem tej dzielnicy. Natomiast dalsze magazyny, które
widać przez otwarte drzwi, pełne są aż pod sufit pudeł i kartonów, piętrzących
się ogromną kartoteką, która rozpada się w górze, pod zagmatwanym niebem
strychu w kubaturę pustki, w jałowy budulec nicości. Przez wielkie szare
okna, kratkowane wielokrotnie jak arkusze papieru kancelaryjnego, nie wchodzi światło,
gdyż przestrzeń sklepu już napełniona jest, jak wodą, indyferentną szarą
poświatą, która nie rzuca cienia i nie akcentuje niczego. Wnet nawija się
jakiś smukły młodzieniec, zadziwiająco usłużny, giętki i nieodporny, ażeby
dogodzić naszym życzeniom i zalać nas tanią i łatwą wymową subiekta. Ale
gdy, gadając, rozwija ogromne postawy sukna, przymierza, fałduje i drapuje
niekończącą się strugę materiału, przepływającą przez jego ręce,
formując z jego fal iluzoryczne surduty i spodnie, cała ta manipulacja wydaje
się czymś nieistotnym, pozorem, komedią, ironicznie zarzuconą zasłoną na
prawdziwy sens sprawy.
Panienki sklepowe, smukłe i czarne, każda z jakąś skazą piękności
(charakterystyczną dla tej dzielnicy wybrakowanych artykułów), wchodzą i
wychodzą, stają w drzwiach magazynów, sondując oczyma, czy rzecz wiadoma
(powierzona doświadczonym rękom subiekta) dojrzewa do punktu właściwego.
Subiekt przymila się i kryguje i chwilami robi wrażenie transwestyty. Chciałoby
się go ująć pod miękko zarysowaną brodę lub uszczypnąć w upudrowany
blady policzek, gdy z porozumiewawczym półspojrzeniem dyskretnie zwraca uwagę
na markę ochronną towaru, markę o przejrzystej symbolice.
Zwolna sprawa wyboru ubrania schodzi na plan dalszy. Ten miękki do efeminacji i
zepsuty młodzieniec, pełen zrozumienia dla najintymniejszych poruszeń
klienta, przesuwa teraz przed jego oczyma osobliwe marki ochronne, całą
bibliotekę znaków ochronnych, gabinet kolekcjonerski wyrafinowanego zbieracza.
Pokazywało się wówczas, że magazyn konfekcji był tylko fasadą, za którą
kryła się antykwarnia, zbiór wysoce dwuznacznych wydawnictw i druków
prywatnych. Usłużny subiekt otwiera dalsze składy, wypełnione aż pod sufit
książkami, rycinami, fotografiami. Te winiety, te ryciny przechodzą
stokrotnie najśmielsze nasze marzenia. Takich kulminacyj zepsucia, takich wymyślności
wyuzdania nie przeczuwaliśmy nigdy.
Panienki sklepowe przesuwają się coraz częściej pomiędzy szeregami książek, szare
i papierowe, ale pełne pigmentu w zepsutych twarzach, ciemnego pigmentu
brunetek o lśniącej i tłustej czarności, która zaczajona w oczach, z nagła
wybiegała z nich zygzakiem lśniącego karakoniego biegu. Ale i w spalonych
rumieńcach, w pikantnych stygmatach pieprzyków, we wstydliwych znamionach
ciemnego puszku zdradzała się rasa zapiekłej, czarnej krwi. Ten barwik o
nazbyt intensywnej mocy, ta mokka gęsta i aromatyczna zdawała się plamić książki,
które brały one do oliwkowej dłoni, ich dotknięcia zdawały się je farbować
i zostawiać w powietrzu ciemny deszcz piegów, smugę tabaki, jak purchawka o
podniecającej, animalnej woni. Tymczasem powszechna rozwiązłość zrzucała
coraz bardziej hamulce pozorów. Subiekt, wyczerpawszy swą natarczywą aktywność,
przechodził powoli do kobiecej bierności. Leży teraz na jednej z wielu kanap,
porozstawianych wśród rejonów książek, w jedwabnej pidżamie, odsłaniającej
kobiecy dekolt. Panienki demonstrują, jedna przed drugą, figury i pozycje
rycin okładkowych, inne zasypiają już na prowizorycznych posłaniach. Nacisk
na klienta rozluźniał się. Wypuszczano go z kręgu natarczywego
zainteresowania, pozostawiano sobie samemu. Subiektki, zajęte rozmową, nie
zwracały nań więcej uwagi. Odwrócone do niego tyłem lub bokiem, przystawały
w aroganckim kontra poście, przestępowały z nogi na nogę, grając
kokieteryjnym obuwiem, przepuszczały z góry na dół po smukłym ciele wężową
grę członków, atakując nią spoza swej niedbałej nieodpowiedzialności
podnieconego widza, którego ignorowały. Tak cofano się, wsuwano w głąb z
wyrachowaniem, otwierając wolną przestrzeń dla aktywności gościa.
Skorzystajmy z tego momentu nieuwagi, ażeby wymknąć się nieprzewidzianym
konsekwencjom tej niewinnej wizyty i wydostać się na ulicę.
Nikt nas nie zatrzymuje. Przez korytarze książek, pomiędzy długimi regałami
czasopism i druków wydostajemy się ze sklepu i oto jesteśmy w tym miejscu
Ulicy Krokodylej, gdzie z wyniesionego jej punktu widać niemal całą długość
tego szerokiego traktu aż do dalekich, nie wykończonych zabudowań dworca
kolejowego. Jest to szary dzień, jak zawsze w tej okolicy, i cała sceneria
wydaje się chwilami fotografią z ilustrowanej gazety, tak szare, tak płaskie
są domy, ludzie i pojazdy. Ta rzeczywistość jest cienka jak papier i
wszystkimi szparami zdradza swą imitatywność. Chwilami ma się wrażenie, że
tylko na małym skrawku przed nami układa się wszystko przykładnie w ten
pointowany obraz bulwaru wielkomiejskiego, gdy tymczasem już na bokach rozwiązuje
się i rozprzęga ta zaimprowizowana maskarada i, niezdolna wytrwać w swej
roli, rozpada się za nami w gips i pakuły, w rupieciarnię jakiegoś ogromnego
pustego teatru. Napięcie pozy, sztuczna powaga maski, ironiczny patos drży na
tym naskórku. Ale dalecy jesteśmy od chęci demaskowania widowiska.
Wbrew lepszej wiedzy czujemy się wciągnięci w tandetny czar dzielnicy. Zresztą
nie brak w obrazie miasta i pewnych cech autoparodii. Rzędy małych,
parterowych domków podmiejskich zmieniają się z wielopiętrowymi kamienicami,
które zbudowane jak z kartonu, są konglomeratem szyldów, ślepych okien
biurowych, szklistoszarych wystaw, reklam i numerów. Pod domami płynie rzeka tłumu.
Ulica jest szeroka jak bulwar wielkomiejski, ale jezdnia, jak place wiejskie,
zrobiona jest z ubitej gliny, pełna wybojów, kałuży i trawy. Ruch uliczny
dzielnicy służy do porównań w tym mieście, mieszkańcy mówią o nim z dumą
i porozumiewawczym błyskiem w oku. Szary, bezosobisty ten tłum jest nader
przejęty swą rolą i pełen gorliwości w demonstrowaniu wielkomiejskiego
pozoru. Wszelako, mimo zaaferowania i interesowności, ma się wrażenie błędnej,
monotonnej, bezcelowej wędrówki, jakiegoś sennego korowodu marionetek.
Atmosfera dziwnej błahości przenika tę całą scenerię. Tłum płynie
monotonnie i, rzecz dziwna, widzi się go zawsze jakby niewyraźnie, figury
przepływają w splątanym, łagodnym zgiełku, nie dochodząc do zupełnej
wyrazistości. Czasem tylko wyławiamy z tego gwaru wielu głów jakieś ciemne,
żywe spojrzenie, jakiś czarny melonik nasunięty głęboko na głowę, jakieś
pół twarzy rozdarte uśmiechem, z ustami, które właśnie coś powiedziały,
jakąś nogę wysuniętą w kroku i tak już zastygłą na zawsze.
Osobliwością dzielnicy są dorożki bez woźniców, biegnące samopas po ulicach. Nie jakoby
nie było tu dorożkarzy, ale wmieszani w tłum i zajęci tysiącem spraw, nie
troszczą się o swe dorożki. W tej dzielnicy pozoru i pustego gestu nie przywiązuje
się zbytniej wagi do ścisłego celu jazdy i pasażerowie powierzają się tym
błędnym pojazdom z lekkomyślnością, która cechuje tu wszystko. Nieraz można
ich widzieć na niebezpiecznych zakrętach, wychylonych daleko z połamanej
budy, jak z lejcami w dłoniach przeprowadzają z natężeniem trudny manewr wymijania.
Mamy w tej dzielnicy także tramwaje. Ambicja rajców miejskich święci tu najwyższy
swój triumf. Ale pożałowania godny jest widok tych wozów, zrobionych z
papier mâché, o ścianach powyginanych i zmiętych od wieloletniego użytku.
Często brak im zupełnie przedniej ściany tak, że widzieć można w przejeździe
pasażerów, siedzących sztywnie i zachowujących się z wielką godnością.
Tramwaje te popychane są przez tragarzy miejskich. Najdziwniejszą atoli rzeczą
jest komunikacja kolejowa na Ulicy Krokodylej.
Czasami, w nieregularnych porach dnia, gdzieś ku końcowi tygodnia można zauważyć tłum
ludzi czekających na zakręcie ulicy na pociąg. Nie jest się nigdy pewnym,
czy przyjedzie i gdzie stanie, i zdarza się często, że ludzie ustawiają się
w dwóch różnych punktach, nie mogąc uzgodnić swych poglądów na miejsce
przystanku. Czekają długo i stoją czarnym milczącym tłumem wzdłuż ledwo
zarysowanych śladów toru, z twarzami w profilu, jak szereg bladych masek z
papieru, wyciętych w fantastyczną linię zapatrzenia. I wreszcie niespodzianie
zajeżdża, już wjechał z bocznej uliczki, skąd go oczekiwano, niski jak wąż,
miniaturowy, z małą, sapiącą, krępą lokomotywą. Wjechał w ten czarny
szpaler i ulica staje się ciemna od tego ciągu wozów, siejących pył węglowy.
Ciemne sapanie parowozu i powiew dziwnej powagi, pełnej smutku, tłumiony pośpiech
i zdenerwowanie zamieniają ulicę na chwilę w halę dworca kolejowego w szybko
zapadającym zmierzchu zimowym.
Plagą naszego miasta jest ażiotaż biletów kolejowych i przekupstwo.
W ostatniej chwili, gdy pociąg już stoi na stacji, toczą się w nerwowym pośpiechu
pertraktacje z przekupnymi urzędnikami linii żelaznej. Zanim te negocjacje się
kończą, pociąg rusza, odprowadzany przez wolno sunący, rozczarowany tłum,
który odprowadza go daleko, ażeby się wreszcie rozproszyć.
Ulica, zacieśniona na chwilę do tego zaimprowizowanego dworca, pełnego zmierzchu i
tchnienia dalekich dróg - rozwidnia się znowu, rozszerza i przepuszcza znów
swym korytem beztroski monotonny tłum spacerowiczów, który wędruje wśród
gwaru rozmów wzdłuż wystaw sklepowych, tych brudnych, szarych czworoboków,
pełnych tandetnych towarów, wielkich woskowych manekinów i lalek fryzjerskich.
Wyzywająco ubrane, w długich koronkowych sukniach przechodzą prostytutki. Mogą to być
zresztą żony fryzjerów lub kapelmistrzów kawiarnianych. Idą drapieżnym,
posuwistym krokiem i mają w niedobrych, zepsutych twarzach nieznaczną skazę,
która je przekreśla: zezują czarnym, krzywym zezem lub mają usta rozdarte,
lub brak im koniuszka nosa.
Mieszkańcy miasta dumni są z tego odoru zepsucia, którym tchnie Ulica Krokodyli. Nie mamy
potrzeby niczego sobie odmawiać - myślą z dumą - stać nas i na prawdziwą
wielkomiejską rozpustę. Twierdzą oni, że każda kobieta w tej dzielnicy jest
kokotą. W istocie wystarczy zwrócić uwagę na którąś - a natychmiast
spotyka się to uporczywe, lepkie spojrzenie, które nas zmraża rozkoszną
pewnością. Nawet dziewczęta szkolne noszą tu w pewien charakterystyczny sposób kokardy,
stawiają swoistą manierą smukłe nogi i mają tę nieczystą skazę w
spojrzeniu, w której leży preformowane przyszłe zepsucie.
A jednak - a jednak czy mamy zdradzić ostatnią tajemnicę tej dzielnicy,
troskliwie ukrywany sekret Ulicy Krokodyli?
Kilkakrotnie w trakcie naszego sprawozdania stawialiśmy pewne znaki ostrzegawcze, dawaliśmy
w delikatny sposób wyraz naszym zastrzeżeniom. Uważny czytelnik nie będzie
nie przygotowany na ten ostateczny obrót sprawy. Mówiliśmy o imitatywnym,
iluzorycznym charakterze tej dzielnicy, ale słowa te mają zbyt ostateczne i
stanowcze znaczenie, by określić połowiczny i niezdecydowany charakter jej rzeczywistości.
Język nasz nie posiada określeń, które by dozowały niejako stopień realności,
definiowały jej giętkość. Powiedzmy bez ogródek: fatalnością tej
dzielnicy jest, że nic w niej nie dochodzi do skutku, nic nie odbiega od swego
definitivum, wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty
wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego
punktu. Mogliśmy już zauważyć wielką bujność i rozrzutność - w
intencjach, w projektach i antycypacjach, która cechuje tę dzielnicę. Cała
ona nie jest niczym innym jak fermentacją pragnień, przedwcześnie wybujałą
i dlatego bezsilną i pustą. W atmosferze nadmiernej łatwości kiełkuje tutaj
każda najlżejsza zachcianka, przelotne napięcie puchnie i rośnie w pustą,
wydętą narośl, wystrzela szara i lekka wegetacja puszystych chwastów,
bezbarwnych włochatych maków, zrobiona z nieważkiej tkanki majaku i haszyszu.
Nad całą dzielnicą unosi się leniwy i rozwiązły fluid grzechu i domy,
sklepy, ludzie wydają się niekiedy dreszczem na jej gorączkującym ciele, gęsią
skórką na jej febrycznych marzeniach. Nigdzie, jak tu, nie czujemy się tak
zagrożeni możliwościami, wstrząśnięci bliskością spełnienia, pobladli i
bezwładni rozkosznym truchleniem ziszczenia. Lecz na tym się też kończy.
Przekroczywszy pewien punkt napięcia, przypływ zatrzymuje się i cofa, atmosfera gaśnie i
przekwita, możliwości więdną i rozpadają się w nicość, oszalałe szare
maki ekscytacji rozsypują się w popiół.
Będziemy wiecznie żałowali, żeśmy wtedy wyszli na chwilę z magazynu konfekcji
podejrzanej konduity. Nigdy nie trafimy już doń z powrotem. Będziemy błądzili
od szyldu do szyldu i mylili się setki razy. Zwiedzimy dziesiątki magazynów,
trafimy do całkiem podobnych, będziemy wędrowali przez szpalery książek,
wertowali czasopisma i druki, konferowali długo i zawile z panienkami o
nadmiernym pigmencie i skażonej piękności, które nie potrafią zrozumieć naszych życzeń.
Będziemy się wikłali w nieporozumieniach, aż cała nasza gorączka i podniecenie
ulotni się w niepotrzebnym wysiłku, w straconej na próżno gonitwie.
Nasze nadzieje były nieporozumieniem, dwuznaczny wygląd lokalu i służby- pozorem,
konfekcja była prawdziwą konfekcją, a subiekt nie miał żadnych ukrytych
intencyj. Świat kobiecy Ulicy Krokodylej odznacza się całkiem miernym
zepsuciem, zagłuszonym grubymi warstwami przesądów moralnych i banalnej
pospolitości. W tym mieście taniego materiału ludzkiego brak także wybujałości
instynktu, brak niezwykłych i ciemnych namiętności.
Ulica Krokodyli była koncesją naszego miasta na rzecz nowoczesności i zepsucia
wielkomiejskiego. Widocznie nie stać nas było na nic innego jak na papierową
imitację, jak na fotomontaż złożony z wycinków zleżałych, zeszłorocznych gazet.
KARAKONY
Było to w okresie szarych dni, które nastąpiły po świetnej kolorowości genialnej
epoki mego ojca. Były to długie tygodnie depresji, ciężkie tygodnie bez
niedziel i świąt, przy zamkniętym niebie i w zubożałym krajobrazie. Ojca już
wówczas nie było. Górne pokoje wysprzątano i wynajęto pewnej telefonistce.
Z całego ptasiego gospodarstwa pozostał nam jedyny egzemplarz, wypchany
kondor, stojący na półce w salonie. W chłodnym półmroku zamkniętych
firanek stał on tam, jak za życia, na jednej nodze, w pozie buddyjskiego mędrca,
a gorzka jego, wyschła twarz ascety skamieniała w wyraz ostatecznej obojętności
i abnegacji. Oczy wypadły, a przez wypłakane, łzawe orbity sypały się
trociny. Tylko rogowate egipskie narośle na nagim potężnym dziobie i na łysej
szyi, narośle i gruzły spłowiałobłękitnej barwy nadawały tej starczej głowie
coś dostojnie hieratycznego.
Pierzasty habit jego był już w wielu miejscach przeżarty przez mole i gubił miękkie,
szare pierze, które Adela raz w tygodniu wymiatała wraz z bezimiennym kurzem
pokoju. W wyłysiałych miejscach widać było workowe, grube płótno, z którego
wyłaziły kłaki konopne. Miałem ukryty żal do matki za łatwość, z jaką
przeszła do porządku dziennego nad stratą ojca. Nigdy go nie kochała - myślałem
- a ponieważ ojciec nie był zakorzeniony w sercu żadnej kobiety, przeto nie mógł
też wróść w żadną realność i unosił się wiecznie na peryferii życia,
w półrealnych regionach, na krawędziach rzeczywistosci. Nawet na uczciwą
obywatelską śmierć nie zasłużył sobie - myślałem - wszystko u niego
musiało, być dziwaczne i wątpliwe. Postanowiłem w stosownej chwili zaskoczyć
matkę otwartą rozmową. Owego dnia (był ciężki dzień zimowy i od rana już
sypał się miękki puch zmierzchu) matka miała migrenę i leżała na sofie
samotnie w salonie.
W tym rzadko odwiedzanym, paradnym pokoju panował od czasu zniknięcia ojca
wzorowy porządek, pielęgnowany woskiem i szczotkami przez Adelę. Meble
przykryte były pokrowcami; wszystkie sprzęty poddały się żelaznej
dyscyplinie, jaką Adela roztoczyła nad tym pokojem. Tylko pęk piór pawich,
stojących w wazie na komodzie, nie dał się utrzymać w ryzach. Był to
element swawolny, niebezpieczny, o nieuchwytnej rewolucyjności, jak rozhukana
klasa gimnazjastek, pełna dewocji w oczy, a rozpustnej swawoli poza oczyma. Świdrowały
te oczy dzień cały i wierciły dziury w ścianach, mrugały, tłoczyły się,
trzepocąc rzęsami, z palcem przy ustach, jedne przez drugie, pełne chichotu i
psoty. Napełniały pokój świergotem i szeptem, rozsypywały się, jak motyle,
dookoła wieloramiennej lampy, uderzały tłumem barwnym w matowe, starcze
dziurki od kluczy. Nawet w obecności matki, leżącej z zawiązaną głową na
sofie, nie mogły się powstrzymać, robiły perskie oczko, dawały sobie znaki,
mówiły niemym, kolorowym alfabetem, pełnym sekretnych znaczeń. Irytowało
mnie to szydercze porozumienie, ta migotliwa zmowa poza mymi plecami. Z kolanami przyciśniętymi
do sofy matki, badając dwoma palcami, jakby w zamyśleniu, delikatną materię
jej szlafroka, rzekłem niby mimochodem: - Chciałem cię już od dawna zapytać:
prawda, że to jest on? - I chociaż nie wskazałem nawet spojrzeniem na
kondora, matka odgadła od razu, zmieszała się bardzo i spuściła oczy. Dałem
umyślnie upłynąć chwili, żeby wykosztować jej zmieszanie, po czym z całym
spokojem, opanowując wzbierający gniew, spytałem: - Jaki sens mają w takim
razie te wszystkie plotki i kłamstwa, które rozsiewasz o ojcu?
Lecz jej rysy, które w pierwszej chwili rozpadły się były w panice, zaczęły się
znowu porządkować. - Jakie kłamstwa? - spytała mrugając oczyma, które były
puste, nalane ciemnym błękitem, bez białka. - Znam je od Adeli - rzekłem -
ale wiem, że pochodzą od ciebie; chcę wiedzieć prawdę.
Usta jej drżały lekko, źrenice, unikając mego wzroku, powędrowały w kąt oka. -
Nie kłamałam - rzekła, a usta- jej napęczniały i stały się małe zarazem.
Uczułem, że mnie kokietuje jak kobieta mężczyznę. - Z tymi karakonami to
prawda - sam przecież pamiętasz... - Zmieszałem się. Pamiętałem w istocie
tę inwazję karakonów, ten zalew czarnego rojowiska, które napełniało
ciemność nocną, pajęczą bieganiną. Wszystkie szpary pełne były drgających
wąsów, każda szczelina mogła wystrzelić z nagła karakonem, z każdego pęknięcia
podłogi mogła zlęgnąć się ta czarna błyskawica, lecąca oszalałym
zygzakiem po podłodze. Ach, ten dziki obłęd popłochu, pisany błyszczącą,
czarną linią na tablicy podłogi. Ach, te krzyki grozy ojca, skaczącego z
krzesła na krzesło z dzirytem w ręku. Nie przyjmując jadła ani napoju, z
wypiekami gorączki na twarzy, z konwulsją wstrętu wrytą dookoła ust, ojciec
mój zdziczał zupełnie. Jasne było, że tego napięcia nienawiści żaden
organizm długo wytrzymać nie może. Straszliwa odraza zamieniała jego twarz w
stężałą maskę tragiczną, w której tylko źrenice, ukryte za dolną powieką,
leżały na czatach, napięte jak cięciwy, w wiecznej podejrzliwości. Z dzikim
wrzaskiem zrywał się nagle z siedzenia, leciał na oślep w kąt pokoju i już
podnosił dziryt, na którym utkwiony ogromny karakon przebierał rozpaczliwie
gmatwaniną swych nóg. Adela przychodziła wówczas blademu ze zgrozy z pomocą
i odbierała lancę wraz z utkwionym trofeum, ażeby ją utopić w cebrzyku. Już
wówczas jednak nie umiałbym był powiedzieć, czy obrazy te zaszczepiły mi
opowiadania Adeli, czy też sam byłem ich świadkiem. Ojciec mój nie posiadał
już wtedy tej siły odpornej, która zdrowych ludzi broni od fascynacji wstrętu.
Zamiast odgraniczyć się do straszliwej siły atrakcyjnej tej fascynacji,
ojciec mój, wydany na łup szału, wplątywał się w nią coraz bardziej.
Smutne skutki nie dały długo na siebie czekać. Wnet pojawiły się pierwsze
podejrzane znaki, które napełniły nas przerażeniem i smutkiem. Zachowanie
ojca zmieniło się. Szał jego, euforia jego podniecenia przygasła. W ruchach
i mimice jęły się zdradzać znaki złego sumienia. Zaczął nas unikać. Krył
się dzień cały po kątach, w szafach, pod pierzyną. .Widziałem go nieraz,
jak w zamyśleniu oglądał własne ręce, badał konsystencję skóry,
paznokci, na których występować zaczęły czarne plamy, jak łuski karakona.
W dzień opierał się jeszcze ostatkami sił, walczył, ale w nocy fascynacja
uderzała nań potężnymi arakami. Widziałem go późną nocą, w świetle świecy
stojącej na podłodze. Mój ojciec leżał na ziemi nagi, popstrzony czarnymi
plamami totemu, pokreślony liniami żeber, fantastycznym rysunkiem przeświecającej
na zewnątrz anatomii, leżał na czworakach, opętany fascynacją awersji, która
go wciągała w głąb swych zawiłych dróg. Mój ojciec poruszał się wieloczłonkowym,
skomplikowanym ruchem dziwnego rytuału, w którym ze zgrozą poznałem imitację
ceremoniału karakoniego.
Od tego czasu wyrzekliśmy się ojca. Podobieństwo do karakona występowało z
dniem każdym wyraźniej - mój ojciec zamieniał się w karakona.
Zaczęliśmy się przyzwyczajać do tego. Widywaliśmy go coraz rzadziej, całymi tygodniami
znikał gdzieś na swych karakonich drogach - przestaliśmy go odróżniać, zlał
się w zupełności z tym czarnym niesamowitym plemieniem. Kto mógł powiedzieć,
czy żył gdzieś jeszcze w jakiejś szparze podłogi, czy przebiegał nocami
pokoje, zaplątany w afery karakonie, czy też był może między tymi martwymi
owadami, które Adela co rana znajdowała brzuchem do góry leżące i najeżone
nogami i które ze wstrętem brała na śmietniczkę i wyrzucała?
- A jednak - powiedziałem zdetonowany - jestem pewny, że ten kondor to on. -
Matka spojrzała na mnie spod rzęs: - Nie dręcz mnie, drogi - mówiłam ci już
przecież, że ojciec podróżuje jako komiwojażer po kraju - przecież wiesz,
że czasem w nocy przyjeżdża do domu, ażeby przed świtem jeszcze dalej
odjechać
WICHURA
Tej długiej i pustej zimy obrodziła ciemność w naszym mieście ogromnym,
stokrotnym urodzajem. Zbyt długo snadź nie sprzątano na strychach i w
rupieciarniach, stłaczano garnki na garnkach i flaszki na flaszkach, pozwalano
narastać bez końca pustym bateriom butelek.
Tam, w tych spalonych, wielkobelkowych lasach strychów i dachów ciemność zaczęła
się wyradzać i dziko fermentować. Tam zaczęły się te czarne sejmy garnków,
te wiecowania gadatliwe i puste, te bełkotliwe flaszkowania, bulgoty butli i
baniek. Aż pewnej nocy wezbrały pod gontowymi przestworami falangi garnków i
flaszek i popłynęły wielkim stłoczonym ludem na miasto.
Strychy, wystrychnięte ze strychów, rozprzestrzeniały się jedne z drugich i wystrzelały
czarnymi szpalerami, a przez przestronne ich echa przebiegały kawalkady tramów
i belek, lansady drewnianych kozłów, klękających na jodłowe kolana, ażeby
wypadłszy na wolność, napełnić przestwory nocy galopem krokwi i zgiełkiem
płatwi i bantów.
Wtedy to wylały się te czarne rzeki, wędrówki beczek i konwi, i płynęły przez
noce. Czarne ich, połyskliwe, gwarne zbiegowiska oblegały miasto. Nocami mrowił
się ten ciemny zgiełk naczyń i napierał jak armie rozgadanych ryb,
niepowstrzymany najazd pyskujących skopców i bredzących cebrów.
Dudniąc dnami, piętrzyły się wiadra, beczki i konwie, dyndały się gliniane stągwie
zdunów, stare kapeluchy i cylindry dandysów gramoliły się jedna na drugie,
rosnąc w niebo kolumnami, które się rozpadały.
I wszystkie kołatały niezgrabnie kołkami drewnianych języków, mełły
nieudolnie w drewnianych gębach bełkot klątw i obelg, bluźniąc błotem na
całej przestrzeni nocy. Aż dobluźniły się, doklęły swego.
Przywołane rechotem naczyń, rozplotkowanym od brzegu do brzegu, nadeszły wreszcie
karawany, nadciągnęły potężne tabory wichru i stanęły nad nocą. Ogromne
obozowisko, czarny ruchomy amfiteatr zstępować zaczął w potężnych kręgach
ku miastu. I wybuchła ciemność ogromną wzburzoną wichurą i szalała przez
trzy dni i trzy noce...
- Nie pójdziesz dziś do szkoły - rzekła rano matka - jest straszna wichura na
dworze. - W pokoju unosił się delikatny welon dymu, pachnący żywicą. Piec
wył i gwizdał, jak gdyby uwiązana w nim była cała sfora psów czy demonów.
Wielki bohomaz, wymalowany na jego pękatym brzuchu, wykrzywiał się kolorowym
grymasem i fantastyczniał wzdętymi policzkami.
Pobiegłem boso do okna. Niebo wydmuchane było wzdłuż i wszerz wiatrami. Srebrzystobiałe
i przestronne, porysowane było w linie sił, natężone do pęknięcia, w
srogie bruzdy, jakby zastygłe żyły cyny i ołowiu. Podzielone na pola
energetyczne i drżące od napięć, pełne było utajonej dynamiki. Rysowały
się w nim diagramy wichury, która sama niewidoczna i nieuchwytna, ładowała
krajobraz potęgą.
Nie widziało się jej. Poznawało się ją po domach, po dachach, w które wjeżdżała
jej furia. Jeden po drugim strychy zdawały się rosnąć i wybuchać szaleństwem,
gdy wstępowała w nie jej siła.
Ogałacała place, zostawiała za sobą na ulicach białą pustkę, zamiatała całe połacie
rynku do czysta. Ledwie tu i ówdzie giął się pod nią i trzepotał,
uczepiony węgła domu, samotny człowiek. Cały plac rynkowy zdawał się
wybrzuszać i lśnić pustą łysiną pod jej potężnymi przelotami.
Na niebie wydmuchał wiatr zimne i martwe kolory, grynszpanowe, żółte i liliowe
smugi, dalekie sklepienia i arkady swego labiryntu. Dachy stały pod tymi
niebami czarne i krzywe, pełne niecierpliwości i oczekiwania. Te, w które wstąpił
wicher, wstawały w natchnieniu, przerastały sąsiednie domy i prorokowały pod
rozwichrzonym niebem. Potem opadały i gasły nie mogąc dłużej zatrzymać potężnego
tchu, który leciał dalej i napełniał cały przestwór zgiełkiem i przerażeniem.
I znów inne domy wstawały z krzykiem, w paroksyzmie jasnowidzenia, i zwiastowały.
Ogromne buki koło kościoła stały z wniesionymi rękami, jak świadkowie wstrząsających
objawień, i krzyczały, krzyczały.
Dalej, za dachami rynku, widziałem dalekie mury ogniowe, nagie ściany szczytowe
przedmieścia. Wspinały się jeden nad drugi i rosły, zesztywniałe z przerażenia
i osłupiałe. Daleki, zimny, czerwony odblask zabarwiał je późnymi kolorami.
Nie jedliśmy tego dnia obiadu, bo ogień w kuchni wracał kłębami dymu do izby. W
pokojach było zimno i pachniało wiatrem. Około drugiej po południu wybuchł
na przedmieściu pożar i rozszerzał się gwałtownie. Matka z Adelą zaczęły
pakować pościel, futra i kosztowności.
Nadeszła noc. Wicher wzmógł się na sile i gwałtowności, rozrósł się niepomiernie
i objął cały przestwór. Już teraz nie nawiedzał domów i dachów, ale
wybudował nad miastem wielopiętrowy, wielokrotny przestwór, czarny labirynt,
rosnący w nieskończonych kondygnacjach. Z tego labiryntu wystrzelał całymi
galeriami pokojów, wyprowadzał piorunem skrzydła i trakty, toczył z hukiem długie
amfilady, a potem dawał się zapadać tym wyimaginowanym piętrom, sklepieniom
i kazamatom i wzbijał się jeszcze wyżej, kształtując sam bezforemny bezmiar
swym natchnieniem.
Pokój drżał z lekka, obrazy na ścianach brzęczały. Szyby lśniły się tłustym
odblaskiem lampy. Firanki na oknie wisiały wzdęte i pełne tchnienia tej
burzliwej nocy. Przypomnieliśmy sobie, że ojca od rana nie widziano. Wczesnym
rankiem, domyślaliśmy się, musiał udać się do sklepu, gdzie go zaskóczyła
wichura, odcinając mu powrót.
- Cały dzień nic nie jadł - biadała matka. Starszy subiekt Teodor podjął się
wyprawić w noc i wichurę, żeby zanieść mu posiłek. Brat mój przyłączył
się do wyprawy.
Okutani w wielkie niedźwiedzie futra, obciążyli kieszenie żelazkami i moździerzami,
balastem, który miał zapobiec porwaniu ich przez wichurę.
Ostrożnie otworzono drzwi prowadzące w noc. Zaledwie subiekt i brat mój z wzdętymi płaszczami
wkroczyli jedną nogą w ciemność, noc ich połknęła zaraz na progu domu.
Wicher zmył momentalnie ślad ich wyjścia. Nie widać było przez okno nawet
latarki, którą ze sobą zabrali.
Pochłonąwszy ich, wicher na chwilę przycichł. Adela z matką próbowały na nowo rozpalić
ogień pod kuchnią. Zapałki gasły, przez drzwiczki dmuchało popiołem i sadzą.
Staliśmy pod drzwiami i nasłuchiwali. W lamentach wichru dawały się słyszeć
wszelkie głosy, perswazje, nawoływania i gawędy. Zdawało się nam, że słyszymy
wołanie o pomoc ojca zabłąkanego w wichurze, to znowu, że brat z Teodorem
gwarzą beztrosko pod drzwiami. Wrażenie było tak łudzące, że Adela otworzyła
drzwi i w samej rzeczy ujrzała Teodora i brata mego, wynurzających się z
trudem z wichury, w której tkwili po pachy.
Weszli zdyszani do sieni, zaciskając z wysiłkiem drzwi za sobą. Przez chwilę
musieli wesprzeć się o odrzwia, tak silnie szturmował wicher do bramy.
Wreszcie zasunęli rygiel i wiatr pognał dalej.
Opowiadali bezładnie o nocy, o wichurze. Ich futra, nasiąkłe wiatrem, pachniały teraz
powietrzem. Trzepotali powiekami w świetle; ich oczy, pełne jeszcze nocy,
broczyły ciemnością za każdym uderzeniem powiek. Nie mogli dojść do
sklepu, zgubili drogę i ledwo trafili z powrotem. Nie poznawali miasta,
wszystkie ulice były jak przestawione.
Matka podejrzewała, że kłamali. W istocie cała ta scena sprawiała wrażenie,
jakby przez ten kwadrans stali w ciemności pod oknem, nie oddalając się
wcale. A może naprawdę nie było już miasta i rynku, a wicher i noc otaczały
nasz dom tylko ciemnymi kulisami, pełnymi wycia, świstu i jęków. Może nie
było wcale tych ogromnych i żałosnych przestrzeni, które nam wicher sugerował,
może nie było wcale tych opłakanych labiryntów, tych wielookiennych traktów
i korytarzy, na których grał wicher, jak na długich czarnych fletach. Coraz
bardziej umacniało się w nas przekonanie, że cała ta burza była tylko
donkiszoterią nocną, imitującą na wąskiej przestrzeni kulis tragiczne
bezmiary, kosmiczną bezdomność i sieroctwo wichury.
Coraz częściej otwierały się teraz drzwi sieni i wpuszczały okutanego w opończe
i szale gościa. Zziajany sąsiad lub znajomy wywijał się powoli z chustek, płaszczy
i wyrzucał z siebie zdyszanym głosem opowiadania, urywane bezładne słowa, które
fantastycznie powiększały, kłamliwie przesadzały bezmiar nocy. Siedzieliśmy
wszyscy w jasno oświetlonej kuchni. Za ogniskiem kuchennym i czarnym, szerokim
okapem komina prowadziło parę stopni do drzwi strychu.
Na tych schodkach siedział starszy subiekt Teodor i nasłuchiwał, jak strych grał
od wichru. Słyszał, jak w pauzach wichury miechy żeber strychowych składały
się w fałdy i dach wiotczał i zwisał jak ogromne płuca, z których uciekł
oddech, to znowu nabierał tchu, nastawiał się palisadami krokwi, rósł jak
sklepienia gotyckie, rozprzestrzeniał się lasem belek, pełnym stokrotnego
echa, i huczał jak pudło ogromnych basów. Ale potem zapominaliśmy o
wichurze, Adela tłukła cynamon w dźwięcznym moździerzu. Ciotka Perazja
przyszła w odwiedziny. Drobna, ruchliwa i pełna zabiegliwości, z koronką
czarnego szala na głowie, zaczęła krzątać się po kuchni, pomagając Adeli.
Adela oskubała koguta. Ciotka Perazja zapaliła pod okapem komina garść
papierów i szerokie płaty płomienia wzlatywały z nich w czarną czeluść.
Adela, trzymając koguta za szyję, uniosła go nad płomień, ażeby opalić na
nim resztę pierza. Kogut zatrzepotał nagle w ogniu skrzydłami, zapiał i spłonął.
Wtedy ciotka Perazja zaczęła się kłócić, kląć i złorzeczyć. Trzęsąc
się ze złości, wygrażała rękami Adeli i matce. Nie rozumiałem, o co jej
chodzi, a ona zacietrzewiała się coraz bardziej w gniewie i stała się jednym
pękiem gestykulacji i złorzeczeń. Zdawało się, że w paroksyzmie złości
rozgestykuluje się na części, że rozpadnie się, podzieli, rozbiegnie w sto
pająków, rozgałęzi się po podłodze czarnym, migotliwym pękiem oszalałych
karakonach biegów. Zamiast tego zaczęła raptownie maleć, kurczyć się, wciąż
roztrzęsiona i rozsypująca się przekleństwami. Z nagła podreptała,
zgarbiona i mała, w kąt kuchni, gdzie leżały drwa na opał i, klnąc i kaszląc,
zaczęła gorączkowo przebierać wśród dźwięcznych drewien, aż znalazła
dwie cienkie, żółte drzazgi. Pochwyciła je latającymi ze wzburzenia rękami,
przymierzyła do nóg, po czym wspięła się na nie, jak na szczudła, i zaczęła
na tych żółtych kulach chodzić, stukocąc po deskach, biegać tam i z
powrotem wzdłuż skośnej linii podłogi, coraz szybciej i szybciej, potem
wbiegła na ławkę jodłową, kuśtykając na dudniących deskach, a stamtąd
na półkę z talerzami, dźwięczną, drewnianą półkę obiegającą ściany
kuchni, i biegła po niej, kolankując na szczudłowych kulach, by wreszcie
gdzieś w kącie, malejąc coraz bardziej, sczernieć, zwinąć się jak zwiędły,
spalony papier, zetlić się w płatek popiołu, skruszyć w proch i w nicość.
Staliśmy wszyscy bezradni wobec tej szalejącej furii złości, która sama siebie trawiła
i pożerała. Z ubolewaniem patrzyliśmy na smutny przebieg tego paroksyzmu i z
pewną ulgą wróciliśmy do naszych zajęć, gdy żałosny ten proces dobiegł
swego naturalnego końca.
Adela zadzwoniła znowu moździerzem, tłukąc cynamon, matka ciągnęła dalej
przerwaną rozmowę, a subiekt Teodor, nasłuchując proroctw strychowych, stroił
śmieszne grymasy, podnosił wysoko brwi i śmiał się do siebie.
NOC WIELKIEGO SEZONU
Każdy wie, że w szeregu zwykłych, normalnych lat rodzi niekiedy zdziwaczały czas ze
swego łona lata inne, lata osobliwe, lata wyrodne, którym - jak szósty, mały
palec u ręki - wyrasta kędyś trzynasty, fałszywy miesiąc.
Mówimy fałszywy, gdyż rzadko dochodzi on do pełnego rozwoju. Jak dzieci późno spłodzone,
pozostaje on w tyle ze wzrostem, miesiąc garbusek, odrośl w połowie uwiędła
i raczej domyślna niż rzeczywista.
Winna jest temu starcza niepowściągliwość lata, jego rozpustna i późna żywotność.
Bywa czasem, że sierpień minie, a stary gruby pień lata rodzi z
przyzwyczajenia jeszcze dalej, pędzi ze swego próchna te dni-dziczki,
dni-chwasty, jałowe i idiotyczne, dorzuca na dokładkę, za darmo, dni-kaczany,
puste i niejadalne - dni białe, zdziwione i niepotrzebne.
Wyrastają one, nieregularne i nierówne, nie wykształcone i zrośnięte z sobą, jak
palce potworkowatej ręki, pączkujące i zwinięte w figę.
Inni porównywają te dni do apokryfów, wsuniętych potajemnie między rozdziały
wielkiej księgi roku, do palimpsestów, skrycie włączonych pomiędzy jej
stronice, albo do tych białych nie zadrukowanych kartek, na których oczy,
naczytane do syta i pełne treści, broczyć mogą obrazami i gubić kolory na
tych pustych stronicach, coraz bladziej i bladziej, ażeby wypocząć na ich
nicości, zanim wciągnięte zostaną w labirynty nowych przygód i rozdziałów.
Ach, ten stary, pożółkły romans roku, ta wielka, rozpadająca się księga
kalendarza! Leży ona sobie zapomniana gdzieś w archiwach czasu, a treść jej
rośnie dalej między okładkami, pęcznieje bez ustanku od gadulstwa miesięcy,
od szybkiego samorództwa blagi, od bajania i marzeń, które się w niej mnożą.
Ach, i spisując te nasze opowiadania, szeregując te historie o moim ojcu na zużytym
marginesie jej tekstu, czy nie oddaję się tajnej nadziei, że wrosną one
kiedyś niepostrzeżenie między zżółkłe kartki tej najwspanialszej,
rozsypującej się księgi, że wejdą w wielki szelest jej stronic, który je pochłonie?
To, o czym tu mówić będziemy, działo się tedy w owym trzynastym, nadliczbowym i
niejako fałszywym miesiącu tego roku, na tych kilkunastu pustych kartkach
wielkiej kroniki kalendarza.
Ranki były podówczas dziwnie cierpkie i orzeźwiające. Po uspokojonym i chłodniejszym
tempie czasu, po nowym całkiem zapachu powietrza, po odmiennej konsystencji światła
poznać było, że weszło się w inną serię dni, w nową okolicę Bożego Roku.
Głos drżał pod tymi nowymi niebami dźwięcznie i świeżo jak w nowym jeszcze i
pustym mieszkaniu, pełnym zapachu lakieru, farb, rzeczy zaczętych i nie wypróbowanych.
Z dziwnym wzruszeniem próbowało się nowego echa, napoczynało się je z
ciekawością, jak w chłodny i trzeźwy poranek babkę do kawy w przeddzień podróży.
Ojciec mój siedział znowu w tylnym kontuarze sklepu, w małej, sklepionej izbie,
pokratkowanej jak ul w wielokomórkowe registratury i łuszczącej się bez końca
warstwami papieru, listów i faktur. Z szelestu arkuszy, z nieskończonego
kartkowania papierów wyrastała kratkowana i pusta egzystencja tego pokoju, z
nieustannego przekładania plików odnawiała się w powietrzu z niezliczonych
nagłówków firmowych apoteoza w formie miasta fabrycznego, widzianego z lotu
ptaka, najeżonego dymiącymi kominami, otoczonego rzędami medali i ujętego w
wywijasy i zakręty pompatycznych et i Comp.
Tam siedział ojciec, jak w ptaszarni, na wysokim stołku, a gołębniki registratur
szeleściły plikami papierów i wszystkie gniazda i dziuple pełne były świergotu cyfr.
Głąb wielkiego sklepu ciemniała i wzbogacała się z dnia na dzień zapasami sukna,
szewiotów, aksamitów i kortów. W ciemnych półkach, tych spichrzach i
lamusach chłodnej, pilśniowej barwności, procentowała stokrotnie ciemna,
odstała korowość rzeczy, mnożył się i sycił potężny kapitał jesieni.
Tam rósł i ciemniał ten kapitał i rozsiadał się coraz szerzej na półkach,
jak na galeriach jakiegoś wielkiego teatru, uzupełniając się jeszcze i pomnażając
każdego rana nowymi ładunkami towaru, który w skrzyniach i pakach wraz z
rannym chłodem wnosili na niedźwiedzich barach stękający, brodaci tragarze w
oparach świeżości jesiennej i wódki. Subiekci wyładowywali te nowe zapasy
sycących bławatnych kolorów i wypełniali nimi, kitowali starannie wszystkie
szpary i luki wysokich szaf. Był to rejestr olbrzymi wszelakich kolorów
jesieni, ułożony warstwami, usortowany odcieniami, idący w dół i w górę,
jak po dźwięcznych schodach, po gamach wszystkich oktaw barwnych. Zaczynał się
u dołu i próbował jękliwie i nieśmiało altowych spełzłości i półtonów,
przechodził potem do spłowiałych popiołów dali, do gobelinowych błękitów
i rosnąc ku górze coraz szerszymi akordami, dochodził do ciemnych granatów,
do indyga lasów dalekich i do pluszu parków szumiących, ażeby potem poprzez
wszystkie ochry, sangwiny, rudości i sepie wejść w szelestny cień więdnących
ogrodów i dojść do ciemnego zapachu grzybów, do tchnienia próchna w głębiach
nocy jesiennej i do głuchego akompaniamentu najciemniejszych basów.
Ojciec mój szedł wzdłuż tych arsenałów sukiennej jesieni i uspokajał i uciszał
te masy, ich wzbierającą moc, spokojną potęgę Pory. Chciał jak najdłużej
utrzymać w całości te rezerwy zamagazynowanej barwności. Bał się łamać,
wymieniać na gotówkę ten fundusz żelazny jesieni. Ale wiedział, czuł, że
przyjdzie czas i wicher jesienny, pustoszący i ciepły wicher, powieje nad tymi
szafami i wtedy puszczą one i nic nie zdoła powstrzymać ich wylewu, tych
strumieni kolorowości, którymi wybuchną na miasto całe.
Przychodziła pora Wielkiego Sezonu. Ożywiały się ulice. O szóstej godzinie po południu
miasto zakwitało gorączką, domy dostawały wypieków, a ludzie wędrowali ożywieni
jakimś wewnętrznym ogniem, naszminkowani i ubarwieni jaskrawo, z oczyma błyszczącymi
jakąś odświętną, piękną i złą febrą.
Na bocznych uliczkach, w cichych zaułkach, uchodzących już w wieczorną dzielnicę,
miasto było puste. Tylko dzieci bawiły się na placykach pod balkonami, bawiły
się bez tchu, hałaśliwie i niedorzecznie. Przykładały małe pęcherzyki do
ust, ażeby wydmuchać je i naindyczyć się nagle jaskrawo w wielkie, gulgocące,
rozpluskane narośle albo wykogucić się w głupią kogucią maskę, czerwoną
i piejącą, w kolorowe jesienne maszkary fantastyczne i absurdalne. Zdawało się,
że tak nadęte i piejące wzniosą się w powietrze długimi kolorowymi łańcuchami
i jak jesienne klucze ptaków przeciągać będą nad miastem - fantastyczne
flotylle z bibułki i pogody jesiennej. Albo woziły się wśród krzyków na małych
zgiełkliwych wózkach, grających kolorowym turkotem kółek, szprych i dyszli.
Wózki zjeżdżały naładowane ich krzykiem i staczały się w dół ulicy aż
do nisko rozlanej, żółtej rzeczki wieczornej, gdzie rozpadały się na gruz
krążków, kołków i patyczków.
I podczas gdy zabawy dzieci stawały się coraz bardziej hałaśliwe i splątane,
wypieki miasta ciemniały i zakwitały purpurą, nagle świat cały zaczynał więdnąć
i czernieć i szybko wydzielał się zeń majaczliwy zmierzch, którym zarażały
się wszystkie rzeczy. Zdradliwie i jadowicie szerzyła się ta zaraza zmierzchu
wokoło, szła od rzeczy do rzeczy, a czego dotknęła, to wnet butwiało,
czerniało, rozpadało się w próchno. Ludzie uciekali przed zmierzchem w
cichym popłochu i naraz dosięgał ich ten trąd, i wysypywał się ciemną
wysypką na czole, i tracili twarze, które odpadały wielkimi, bezkształtnymi
plamami, i szli dalej, już bez rysów, bez oczu, gubiąc po drodze maskę po
masce, tak że zmierzch roił się od tych larw porzuconych, sypiących się za
ich ucieczką. Potem zaczynało wszystko zarastać czarną, próchniejącą korą,
łuszczącą się wielkimi płatami, chorymi strupami ciemności. A gdy w dole
wszystko rozprzęgło się i szło wniwecz w tej cichej zamieszce, w panice prędkiego
rozkładu, w górze utrzymywał się i rósł coraz wyżej milczący alarm
zorzy, drgający świergotem miliona cichych dzwonków, wzbierających wzlotem
miliona cichych skowronków lecących razem w jedną wielką, srebrną nieskończoność.
Potem była już nagle noc - wielka noc, rosnąca jeszcze podmuchami wiatru, które
ją rozszerzały. W jej wielokrotnym labiryncie wyłupane były gniazda jasne:
sklepy - wielkie, kolorowe latarnie, pełne spiętrzonego towaru i zgiełku
kupujących. Przez jasne szyby tych latani można było śledzić zgiełkliwy i
pełen dziwacznego ceremoniału obrzęd zakupów jesiennych.
Ta wielka, fałdzista noc jesienna, rosnąca cieniami, roszerzona wiatrami, kryła
w swych ciemnych fałdach jasne kieszenie, woreczki z kolorowym drobiazgiem, z
pstrym towarem czekoladek, keksów, kolonialnej pstrokacizny. Te budki i
kramiki, sklecone z pudełek po cukrach, wytapetowane jaskrawo reklamami
czekolad, pełne mydełek, wesołej tandety, złoconych błahostek, cynfolii, trąbek,
andrutów i kolorowych miętówek, były stacjami lekkomyślności, grzechotkami
beztroski, rozsianymi na wiszarach ogromnej, labiryntowej, rozłopotanej
wiatrami nocy.
Wielkie i ciemne tłumy płynęły w ciemności, w hałaśliwym zmieszaniu, w szurgocie
tysięcy nóg, w gwarze tysięcy ust - rojna, splątana wędrówka, ciągnąca
arteriami jesiennego miasta. Tak płynęła ta rzeka, pełna gwaru, ciemnych
spojrzeń, chytrych łypnięć, pokawałkowana rozmową, posiekana gawędą,
wielka miazga plotek, śmiechów i zgiełku.
Zdawało się, że to ruszyły tłumami jesienne, suche makówki sypiące makiem - głowy-grzechotki,
ludzie-kołatki.
Mój ojciec chodził zdenerwowany i kolorowy od wypieków, z błyszczącymi oczyma, w
jasno oświetlonym sklepie, i nasłuchiwał.
Przez szyby wystawy i portalu dochodził tu z daleka szum miasta, stłumiony gwar płynącej
ciżby. Nad ciszą sklepu płonęła jasno lampa naftowa, zwisająca z wielkiego
sklepienia, i wypierała najmniejszy ślad cienia z wszystkich szpar i zakamarków.
Pusta, wielka podłoga trzaskała w ciszy i liczyła w tym świetle wzdłuż i
wszerz swe błyszczące kwadraty, szachownicę wielkich tafli, które rozmawiały
ze sobą w ciszy trzaskami, odpowiadały sobie to tu, to tam głośnym pęknięciem.
Za to sukna leżały ciche, bez głosu, w swej pilśniowej puszystości i podawały
sobie wzdłuż ścian spojrzenia za plecami ojca, wymieniały od szafy do szafy
ciche znaki porozumiewawcze.
Ojciec nasłuchiwał. Jego ucho zdawało się w tej ciszy nocnej wydłużać i rozgałęziać
poza okno: fantastyczny koralowiec, czerwony polip falujący w mętach nocy.
Nasłuchiwał i słyszał. Słyszał z rosnącym niepokojem daleki przypływ tłumów, które
nadciągały. Rozglądał się z przerażeniem po pustym sklepie. Szukał
subiektów. Ale ci ciemni i rudzi aniołowie dokądś odlecieli. Pozostał on
sam tylko, w trwodze przed tłumami, które wnet miały zalać ciszę sklepu plądrującą
hałaśliwą rzeszą i rozebrać między siebie, rozlicytować całą tę bogatą
jesień, od lat zbieraną w wielkim zacisznym spichlerzu.
Gdzie byli subiekci? Gdzie były te urodziwe cheruby, mające bronić ciemnych,
sukiennych szańców? Ojciec podejrzewał bolesną myślą, że oto grzeszą
gdzieś w głębi domu z córami ludzi. Stojąc nieruchomy i pełen troski, z błyszczącymi
oczyma w jasnej ciszy sklepu, czuł wewnętrznym słuchem, co działo się w głębi
domu, w tylnych komorach wielkiej kolorowej tej latarni. Dom otwierał się
przed nim, izba za izbą, komora za komorą, jak dom z kart, i widział gonitwę
subiektów za Adelą przez wszystkie puste i jasno oświetlone pokoje, schodami
na dół, schodami do góry, aż wymknęła się im i wpadła do jasnej kuchni,
gdzie zabarykadowała się kuchennym kredensem.
Tam stała zdyszana, błyszcząca i rozbawiona, trzepocąca z uśmiechem wielkimi rzęsami.
Subiekci chichotali, przykucnięci pode drzwiami. Okno kuchni otwarte było na
wielką, czarną noc, pełną rojeń i splątania. Czarne, uchylone szyby płonęły
refleksem dalekiej iluminacji. Błyszczące garnki i butle stały nieruchomo
dokoła i lśniły w ciszy tłustą polewą. Adela wychylała ostrożnie przez
okno swą kolorową, uszminkowaną twarz z trzepoczącymi oczyma. Szukała
subiektów na ciemnym podwórzu, pewna ich zasadzki. I oto ujrzała ich, jak wędrowali
ostrożnie, gęsiego, po wąskim gzymsie podokiennym wzdłuż ściany piętra,
czerwonej odblaskiem dalekiej iluminacji, i skradali się do okna. Ojciec krzyknął
z gniewu i rozpaczy, ale w tej chwili gwar głosów stał się całkiem bliski i
nagle jasne okna sklepu zaludniły się bliskimi twarzami, wykrzywionymi śmiechem,
rozgadanymi twarzami, które płaszczyły nosy na lśniących szybach. Ojciec
stał się purpurowy ze wzburzenia i wskoczył na ladę. I kiedy tłum szturmem
zdobywał tę twierdzę i wkraczał hałaśliwą ciżbą do sklepu, ojciec mój
jednym skokiem wspiął się na półki z suknem i, uwisły wysoko nad tłumem,
dął z całej siły w wielki puzon z rogu i trąbił na alarm. Ale sklepienie
nie napełniło się szumem aniołów, śpieszących na pomoc, a zamiast tego każdemu
jękowi trąby odpowiadał wielki, roześmiany chór tłumu.
- Jakubie, handlować! Jakubie, sprzedawać! - wołali wszyscy, a wołanie to, wciąż
powtarzane, rytmizowało się w chórze i przechodziło powoli w melodię
refrenu, śpiewaną przez wszystkie gardła. Wtedy mój ojciec dał za wygraną,
zeskoczył z wysokiego gzymsu i ruszył z krzykiem ku barykadom sukna.
Wyolbrzymiony gniewem, z głową spęczniałą w pięść purpurową, wbiegł,
jak walczący prorok, na szańce sukienne i jął przeciwko nim szaleć. Wpierał
się całym ciałem w potężne bale wełny i wyważał je z osady, podsuwał się
pod ogromne postawy sukna i unosił je na ladę z głuchym łomotem. Bale leciały
rozwijając się z łopotem w powietrzu w ogromne chorągwie, półki wybuchały
zewsząd wybuchami draperii, wodospadami sukna, jak pod uderzeniem Mojżeszowej laski.
Tak wylewały się zapasy szaf, wymiotowały gwałtownie, płynęły szerokimi
rzekami. Wypływała barwna treść półek, rosła, mnożyła się i zalewała
wszystkie lady i stoły.
Ściany sklepu znikły pod potężnymi formacjami tej sukiennej kosmogonii, pod tymi
pasmami górskimi, piętrzącymi się w potężnych masywach. Otwierały się
szerokie doliny wśród zboczy górskich i wśród szerokiego patosu wyżyn
grzmiały linie kontynentów. Przestrzeń sklepu rozszerzyła się w panoramę
jesiennego krajobrazu, pełną jezior i dali, a na tle tej scenerii ojciec wędrował
wśród fałd i dolin fantastycznego Kanaanu, wędrował wielkimi krokami, z rękoma
rozkrzyżowanymi proroczo w chmurach, i kształtował kraj uderzeniami natchnienia.
A u dołu, u stóp tego Synaju, wyrosłego z gniewu ojca, gestykulował lud, złorzeczył
i czcił Baala, i handlował. Nabierali pełne ręce miękkich fałd, drapowali
się w kolorowe sukna, owijali się w zaimprowizowane domina i płaszcze i
gadali bezładnie a obficie.
Mój ojciec wyrastał nagle nad tymi grupami kupczących wydłużonych gniewem, i
gromił z wysoka bałwochwalców potężnym słowem. Potem, ponoszony rozpaczą,
wspinał się na wysokie galerie szaf, biegł obłędnie po bantach półek, po
dudniących deskach ogołoconych rusztowań, ścigany przez obrazy bezwstydnej
rozpusty, którą przeczuwał za plecami w głębi domu. Subiekci dosięgli właśnie
żelaznego balkonu na wysokości okna i wczepieni w balustradę, pochwycili wpół
Adelę i wyciągnęli ją przez okno, trzepocącą.oczyma i wlokącą za sobą
smukłe nogi w jedwabnych pończochach.
Gdy ojciec mój, przerażony ohydą grzechu, wrastał gniewem swych gestów w grozę
krajobrazu, w dole beztroski lud Baala oddawał się wyuzdanej wesołości. Jakaś
parodystyczna pasja, jakaś zaraza śmiechu opanowała tę gawiedź. Jakże można
było żądać powagi od nich, od tego ludu kołatek i dziadków do orzechów!
Jak można było żądać zrozumienia dla wielkich trosk ojca od tych młynków,
mielących bezustannie kolorową miazgę słów! Głusi na gromy proroczego
gniewu, przykucali ci handlarze w jedwabnych bekieszach małymi kupkami dookoła
sfałdowanych gór materii, rozstrząsając gadatliwie wśród śmiechu zalety
towaru. Ta czarna giełda roznosiła na swych prędkich językach szlachetną
substancję krajobrazu, rozdrabniała ją siekaniną gadania i połykała niemal.
Gdzie indziej stały grupy Żydów w kolorowych chałatach, w wielkich futrzanych kołpakach
przed wysokimi wodospadami jasnych materii. Byli to mężowie Wielkiego
Zgromadzenia, dostojni i pełni namaszczenia panowie, gładzący długie, pielęgnowane
brody i prowadzący wstrzemięźliwe i dyplomatyczne rozmowy. Ale i w tej
ceremonialnej konwersacji, w spojrzeniach, które wymieniali był błysk uśmiechniętej
ironii. Wśród tych grup przewijał się pospolity lud, bezpostaciowy tłum,
gawiedź bez twarzy i indywidualności. Wypełniał on niejako luki w
krajobrazie, wyścielał tło dzwonkami i grzechotkami bezmyślnego gadania. Był
to element błazeński, roztańczony tłum poliszynelów i arlekinów, który -
sam bez poważnych intencyj handlowych - doprowadzał do absurdu gdzieniegdzie
nawiązujące się tansakcje swymi błazeńskimi figlami.
Stopniowo jednak, znudzony błaznowaniem, wesoły ten ludek rozpraszał się w dalszych
okolicach krajobrazu i tam powoli gubił się wśród skalnych załomów i
dolin. Prawdopodobnie jeden po drugim zapadały się te wesołki gdzieś w
szczeliny i fałdy terenu, jak dzieci zmęczone zabawą po kątach i zakamarkach
mieszkania w noc balową.
Tymczasem ojcowie miasta, mężowie Wielkiego Synhedrionu, przechadzali się w grupach pełnych
powagi i godności i prowadzili ciche, głębokie dysputy. Rozszedłszy się po
całym, owym wielkim górzystym kraju, wędrowali po dwóch, po trzech na
dalekich i krętych drogach. Małe i ciemne ich sylwety zaludniały całą tę
pustynną wyżynę, nad którą zwisło ciężkie i ciemne niebo, sfałdowane i
chmurne, poorane w długie równoległe bruzdy, w srebrne i białe skiby, ukazujące
w głębi coraz dalsze pokłady swego uwarstwienia.
Światło lampy stwarzało sztuczny dzień w owej krainie - dzień dziwny, dzień bez świtu
i wieczoru.
Ojciec mój uspokajał się powoli. Gniew jego układał się i zastygał w pokładach
i warstwach krajobrazu. Siedział teraz na galeriach wysokich półek i patrzył
w jesienniejący, rozległy kraj. Widział, jak na dalekich jeziorach odbywał
się połów ryb. W maleńkich łupinkach łódek siedziało po dwóch rybaków,
zapuszczając sieci w wodę. Na brzegach chłopcy dźwigali na głowach kosze,
pełne trzepocącego się, srebrnego połowu.
Wówczas to dostrzegł, jak grupy wędrowców w oddali zadzierały głowy ku niebu,
wskazując coś wzniesionymi rękami.
I wnet zaroiło się niebo jakąś kolorową wysypką, osypało się falującymi
plamami, które rosły, dojrzewały i wnet napełniły przestworze dziwnym ludem
ptaków, krążących i kołujących w wielkich, krzyżujących się spiralach.
Całe niebo wypełniło się ich wzniosłym lotem, łopotem skrzydeł,
majestatycznymi liniami cichych bujań. Niektóre z nich jak ogromne bociany płynęły
nieruchomo na spokojnie rozpostartych skrzydłach, inne, podobne do kolorowych
pióropuszów, do barbarzyńskich trofeów, trzepotały ciężko i niezgrabnie,
ażeby utrzymać się na falach ciepłej aury; inne wreszcie, nieudolne
konglomeraty skrzydeł, potężnych nóg i oskubanych szyj, przypominały źle
wypchane sępy i kondory, z których wysypują się trociny.
Były między nimi ptaki dwugłowe, ptaki wieloskrzydłe, były też i kaleki, kulejące
w powietrzu jednoskrzydłym, niedołężnym lotem. Niebo stało się podobne do
starego fresku, pełnego dziwolągów i fantastycznych zwierząt, które krążyły,
wymijały się i znów wracały w kolorowych elipsach.
Mój ojciec podniósł się na bantach, oblany nagłym blaskiem, wyciągnął ręce,
przyzywając ptaki starym zaklęciem. Poznał je, pełen wzruszenia. Było to
dalekie, zapomniane potomstwo tej ptasiej generacji, którą ongi Adela rozpędziła
na wszystkie strony nieba. Wracało teraz, zwyrodniałe i wybujałe, to sztuczne
potomstwo, to zdegenerowane plemię ptasie, zmarniałe wewnętrznie.
Wystrzelone głupio wzrostem, wyogromnione niedorzecznie, było wewnątrz puste i bez życia.
Cała żywotność tych ptaków przeszła w upierzenie, wybujała w fantastyczność.
Było to jakby muzeum wycofanych rodzajów, rupieciarnia Raju ptasiego.
Niektóre latały na wznak, miały ciężkie, niezgrabne dzioby, podobne do kłódek i
zamków, obciążone kolorowymi naroślami, i były ślepe. Jakże wzruszył
ojca ten powrót niespodziany, jakże zdumiewał się nad instynktem ptasim, nad
tym przywiązaniem do Mistrza, które wygnany ów ród piastował jak legendę w
duszy, ażeby wreszcie po wielu generacjach, w ostatnim dniu przed wygaśnięciem
plemienia pociągnąć z powrotem w pradawną ojczyznę.
Ale te papierowe, ślepe ptaki nie mogły już poznać ojca. Na darmo wołał na nie
dawnym zaklęciem, zapomnianą mową ptasią, nie słyszały go i nie widziały.
Nagle zagwizdały kamienie w powietrzu. To wesołki, głupie i bezmyślne plemię, jęły
celować pociskami w fantastyczne niebo ptasie.
Na darmo ojciec ostrzegał, na darmo groził zaklinającymi gestami, nie dosłyszano
go, nie dostrzeżono. I ptaki spadały. Ugodzone pociskiem, obwisały ciężko i
więdły już w powietrzu. Nim doleciały do ziemi, były już bezforemną kupą pierza.
W mgnieniu oka pokryła się wyżyna tą dziwną, fantastyczną padliną.
Zanim ojciec dobiegł do miejsca rzezi, cały ten świetny ród ptasi już leżał
martwy, rozciągnięty na skałach.
Teraz dopiero, z bliska, mógł ojciec obserwować całą lichotę tej zubożałej
generacji, całą śmieszność jej tandetnej anatomii.
Były to ogromne wiechcie piór, wypchane byle jak starym ścierwem. U wielu nie można
było wyróżnić głowy, gdyż pałkowata ta część ciała nie nosiła żadnych
znamion duszy. Niektóre pokryte były kudłatą, zlepioną sierścią, jak żubry,
i śmierdziały wstrętnie. Inne przypominały garbate, łyse, zdechłe wielbłądy.
Inne wreszcie były najwidoczniej z pewnego rodzaju papieru, puste w środku, a
świetnie kolorowe na zewnątrz. Niektóre okazywały się z bliska niczym innym
jak wielkimi pawimi ogonami, kolorowymi wachlarzami, w które niepojętym
sposobem tchnięto jakiś pozór życia.
Widziałem smutny powrót mego ojca. Sztuczny dzień zabarwiał się już powoli kolorami
zwyczajnego poranka. W spustoszałym sklepie najwyższe półki syciły się
barwami rannego nieba. Wśród fragmentów zgasłego pejzażu, wśród
zburzonych kulis nocnej scenerii - ojciec widział wstających ze snu subiektów.
Podnosili się spomiędzy bali sukna i ziewali do słońca. W kuchni, na piętrze,
Adela, ciepła od snu i ze zmierzwionymi włosami, mełła kawę na młynku,
przyciskając go do białej piersi, od której ziarna nabierały blasku i gorąca.
Kot mył się w słońcu.
<< | Spis treści
|
|